Uncategorized

O absurdach i opatrzności w pomorskim pociągu

Pierwszy maja. Niby ciepło, ale wiatr urywa głowy. W ostatni
dzień naszej majówki wybieramy się do Sopotu. Dworzec w Gdańsku nie oferuje
nic, oprócz Szybkiej Kolei Miejskiej.
Kupujemy bilety. Wyglądają tak, jak te na tramwaj. Na
bilecie i wszędzie wkoło krzyczy do nas napis:
BILETY SKASOWAĆ PRZED WEJŚCIEM DO POCIĄGU
No dobra. Przed wejściem to przed wejściem. O ile pięć osób
poprawnie zrozumie pojęcie „przed wejściem”.
Wychodzimy z dworca na peron. Wiatr zapycha nam oczy łzami.
Z jednej strony wieje, z drugiej grzeje. Kasownika brak.
Podjeżdża żółto-niebieska plama. Wycieramy oczy. Pociąg jak
pociąg, w barwach Ukrainy. Przed wejściem kasownika brak. Wchodzimy. W środku
brak. Ludzie przyklejają twarze do szyby, żeby zrobić miejsce przechodzącym.
– Przepraszam, gdzie się kasuje bilety?
Dwa razy trafiamy na obcokrajowców, którzy tylko na nas
patrzą i żadne z nas nie wie, jak powiedzieć „skasować”. Blokada językowa.
Oprócz nas jakieś trzydzieści osób pyta (także nas), gdzie się kasuje bilet.
Nikt nic nie wie. Czeski film.
W końcu podchodzimy do krótko ostrzyżonej blondynki z
dzieckiem i powtarzamy pytanie jak katarynka.
– To trzeba było na dworcu przy schodach skasować.
Dwa krótkie spojrzenia i ruszamy przed siebie. Przeciskamy
się przez kolejne ciała. „Przepraszam, przepraszam, my wychodzimy”. Dobiegamy
do drzwi, a te zasuwają się i ruszamy w stronę Sopotu. Zamknięci z
trzydziestoma osobami jadącymi na gapę.
Nie lubię robić czegokolwiek wbrew przepisom. Nie
przechodzę, kiedy nie ma pasów, ani na czerwonym świetle, a kiedy już to robię,
nerwowo rozglądam się w poszukiwaniu nieoznakowanego radiowozu.
A teraz mamy przed sobą dziewięć stacji bez ważnego biletu.
I znikąd pomocy. Nie możemy wyjść, bo cena na bilecie zależy od ilości
kilometrów.
Siedem stacji. Rozmawiamy z miłą blondynką z dzieckiem o
kontrolach w SKM.
– Jeździmy codziennie na treningi i może mieliśmy kontrolę
ze dwa razy.
– Mówiłem, że było napisane „przed wejściem” – upiera się
znajomy.
– Jak mi ktoś mówi, żebym przed wejściem zdjęła buty, to nie
idę do sąsiada. – Prycham i zaciskam spocone pięści na płaszczu chłopaka. Pani
śmieje się z mojego zacnego żartu.
Zauważamy, że na każdym kolejnym mijanym peronie są
kasowniki. Wspaniale. Rozmawiamy o tym, jakiego obcokrajowca będziemy udawać,
jak przyjdzie kontrola. Jestem prawie z Ukrainy, więc decyduję, że zacznę mówić
po chachłacku.
Ostatnia prosta. Modlę się, żeby na dworcu w Sopocie nie
zaskoczył nas kontroler. Wmawiam sobie, że zanim wystawiłby mandaty trzydziestu
paru osobom, dojechalibyśmy do Słupska.
Wysiadamy w Sopocie. Czuję taką ulgę, że w końcu zaczynam
równomiernie oddychać.
Nie lubię.

Po południu wracamy do Gdańska. Humory dopisują, słońce
przygrzewa. Kasujemy bilety, bo już nie jesteśmy głupi. Wsiadamy do pociągu.
Jest prawie pusty, więc zajmujemy miejsca siedzące. Rozmawiamy o pierożkach i
blogerkach modowych. Kilka stacji później do przedziału wchodzi kontrola. Pan
obok nas dostaje mandat.