Dziecko – polisa na życie?

 
 
Może lepiej sobie odpuść ten wpis, jeśli jesteś szczęśliwą mamą.
 
***
 
Mając pięć lat słyszałam od moich rodziców, babci i sąsiadów jak pójdziesz do szkoły, to… W wieku piętnastu lat powtarzano mi jak będziesz dorosła… Po osiągnięciu pełnoletności rozmawianie o szkole niebezpiecznie zmieniło się w jak skończysz studia i pójdziesz do pracy… Dzisiaj mam 22 lata, obroniłam licencjat, jestem na wylocie życia, marzę o własnej firmie i wakacjach na Krecie i jedyne, co zewsząd słyszę to jak będziesz miała dzieci…

(more…)

Historia z rąk do rąk

Egzaminy zdane, cztery wspaniałe egzemplarze pracy (z błędem
w tytule) wydrukowane, oprawione, pachnące zarwanymi nocami, kawą i melisą,
podpisane, odstawione na półkę. Sesja zakończona, termin obrony ustalony, można
pozwolić sobie na chwilę odpoczynku.
Gdzie, jeśli nie w rodzinnym mieście?
Zabrałam mojego chłopaka na weekend do siebie, w którym
akurat odbywały się dni miasta. W moim przypadku, jest to czas, w którym szare,
zwykłe ulice zamieniają się w pełne straganów i muzyki folkowej deptaki. W tym roku
przy tej okazji trafiliśmy także na giełdę staroci – ludzie sprzedają stare
sprzęty AGD, obrazy olejne, zabytkowe pogrzebacze, miecze, stare płyty winylowe
i zjedzone przez czas zapalniczki typu zippo. Wśród wszystkich tych gratów,
gdzieś przy ostatnim stoliku, starszy pan sprzedawał monety.
Stos monet. Gdyby to przetopić, można by spokojnie zbudować
Golden Gate. Rzuciliśmy się na nie jak małe dzieci. Część z nich ułożona była w
klaserach, spora część przeciskała się ze sobą w starej walizce z brązowej
skóry.
Rupie, liry, tysiąc złotych z logiem „Solidarności” na
rewersie, stare pesos, kopiejki monety z Czechosłowacji, RPA, Francji, z
podobiznami królów, cesarzy, filozofów, polityków. Setki, tysiące srebrnych,
mosiężnych, pozłacanych – wszystkie, jakie widział świat. Wśród nich samotne,
zagubione, poszarzałe, podarowane mi na szczęście, zgubione dwa lata temu.
Pięć jenów.
Nawet nie zastanawiałam się, czy to się opłaca. Zapłaciłam
starszemu panu i ze łzami w oczach wrzuciłam monetę do portfela. Już nigdy,
nigdy jej nie zgubię!
W tym czasie mój chłopak rzucił „przez ile to rąk musiało
przejść”. Faktycznie, nie myślałam o tym dotąd. Ile palców musiało obracać
każdą z tych monet. Ile razy każdą z nich podawano z rąk do rąk, wydawano w
ramach reszty. Spojrzałam na monetę z Czechosłowacji. Czy jakiś mieszkaniec
Pragi ma jeszcze takie w domu? Nie sprzedał i nie wyrzucił, aby zachować
pamiątkę kraju, który już dawno nie istnieje? Co myślał Radek Majdan, płacąc w
sklepie monetą PZPN z jego podobizną na rewersie? Pomyślałam o ludziach, którzy
podpisują banknoty, żeby sprawdzić, kiedy do nich wrócą. Czy kiedyś wracają?
Ile razy jedna moneta była w rękach tego samego człowieka, gdy dotykały ją
tysiące, miliony dłoni?
Dotąd nie patrzyłam na to w ten sposób. Każda z monet ma
swoją historię. Swoje doświadczenia. Swoje wspomnienia. Jak podróżnik. Każda z
nich widziała więcej, niż ktokolwiek z nas.
Mój chłopak w międzyczasie wziął temat od innej strony.
Przyglądał się austriackiej monecie i wyobraził sobie, jak jeden z żołnierzy
płaci nią w jednym ze sklepów w Galicji, w czasie zaborów. Co myślał? Czy był
szczęśliwy? Czy współczuł Polakom? A może nie miał sumienia i sytuacja Polaków
była dla niego tak nieistotna jak dźwięk monety uderzającej o stół?
Jak wiele walki o niepodległość widziała ta moneta? Jaką
drogę przebyła zanim znalazła się w walizce z brązowej skóry?