Sierpień to przedsmak jesieni
Lifestyle

Sierpień i moja relacja z końcem wakacji

Późnosierpniowe słońce nie grzeje tak mocno. Jest zdecydowanie najlepsze z całych wakacji. Lepsze jest już tylko listopadowe. Bo go nie ma. Sierpień ma coś w sobie. Energię, która kojarzy mi się dobrze. Roztacza wokół siebie aurę spokoju, której nawet nie rozumiem, ale bardzo ją doceniam.

Sierpień to taki wspaniały czas, kiedy pomimo relatywnie wysokich temperatur nie zdarzają się sytuacje, w których wychodzisz wywiesić pranie, a po dziesięciu minutach wracasz z poparzeniem czwartego stopnia. Kiedy powietrze swoim ciężarem nie przyciska Cię do ziemi. I Kiedy oddychasz, a nie sapiesz. Kiedy pot czasem spływa Ci po czole, ale rzadko robi pielgrzymkę od karku do odbytu. I makijaż przestaje być świętem ruchomym.

Sierpień to moment refleksji

W sierpniu jest ciepło. Temperatura jest na tyle wyrównana, że pozwala nie parzyć się w słońcu przy jednoczesnym marznięciu w cieniu. „Ciepło” to takie przyjemnie neutralne słowo, osadzone gdzieś pomiędzy „zimno” a „upalnie”. „Ciepło” i „chłodno” to fajne słowa. Lepsze nawet, niż „czekolada”.  Sierpień to też czas, kiedy niektórzy (w tym ja) odczuwają powiew czasu. Z drzewa w ogrodzie spadają gruszki. Pranie nie schnie już tak szybko. Liście powoli zaczynają się przebarwiać. Carrefour i Lidl zaczynają licytować najniższe ceny zeszytów i bloków, a szkoły są desperacko malowane i sprzątane.

I na rowerze częściej się marznie.  Coraz szybciej zachodzi słońce. Wychodząc ze znajomymi, musisz liczyć się z tym, że będziesz potrzebował kurtki. Albo bluzy. Albo przynajmniej cienkiego sweterka. Powoli zanikają krótkie spodenki, odsłaniające sporą część pośladków. Damskich oczywiście. To ten czas, kiedy możesz zoptymalizować temperaturę ciała, zakładając długie spodnie i koszulkę na szelki.  Sierpień osobiście kojarzy mi się z jesienią. Jest bardziej bratem września niż lipca. Bliżej zimy niż lata. To absurdalne.

To także koniec wakacji

Ale kiedy myślę o sierpniu, myślę o szkole. O przygotowaniach do kolejnego roku nauki. O wrześniowych popołudniach, kiedy pod winogronowym płaszczem męczyłam się z najprostszymi równaniami, aby chociaż raz odrobić zadanie w całości. I wiesz co? Zawsze potrafiłam zrobić zadania z gwiazdką, te dla „szóstkowych”. Rzadko te bejzikowe. I choć dzisiaj nie mam problemu z funkcją kwadratową, nadal nie rozumiem logarytmów. I dziedzin.

Sierpień to spokój wewnętrzny. Kończą się wakacje. I mimo że budzik już zaciera ręce jak taki chciwy Żyd, że będzie mógł znowu dzwonić o 6, wraca rutyna. Sierpień to dla mnie ostatnie dni przed powrotem regularnego cyklu dobowego. W wakacje wszystko jest rozmemłane. Człowiek jest rozmemłany. Świat jest rozmemłany. Wszystko się topi, paruje, klei się do skóry. Sierpień to ukojenie. Jest jak eutanazja po wieloletniej walce z rakiem.  Przynajmniej dla kogoś, kto w wakacje nie pracuje.

Ciekawe, co nauczyciele myślą o sierpniu. Lubicie sierpień? To port równowagi widoczny na horyzoncie rozmemłanych wakacji? A może gówniaki skutecznie niweczą wizję nadchodzącego jesiennego chłodku?