Kocia inwazja

 
Ktoś kto wymyślił kocie kawiarnie, powinien zostać obsypany złotym żwirkiem i być na pierwszym miejscu listy Forbesa. Takie kawiarnie to raj dla człowieków. Po pierwsze, koty ewryłer. Po drugie, nażresz się. Po trzecie, pomiziasz, poszkrobiesz i pomachasz piórkiem na sznurku.
 

A jak nie lubisz kotów – po prostu po śmierci będziesz myszą. Gwarantuję.

Wchodząc do lubelskiego Mrau Cafe na Orlej, byłam profilaktycznie zapoznana z regulaminem przez mojego K. Dzięki temu wiedziałam, że puchate kupy futra są nieprzenoszalne i nie wolno brać ich na ręce. Pozwoliło to uniknąć katastrofy pod tytułem opiździałam-bo-widzę-całą-załogę kotów. Po wstępnym zapoznaniu się z okrojoną i drogą kartą, ja zamawiam kawę i ciastko, a K. stawia na herbatę i coś, co nazywa się kanapką kubańską (czyli wielki tost z szynką, sałatą i serem). Najlepiej wykarmiony członek kawiarnianej rodziny, tłusty rudy Ryszard, leży w swoim koszyku i liże sobie futerko. Kiedy do niego podchodzę, dwukrotnemu polizaniu ulega także Revlon na moim nosie. Razem z zamówieniem pani przynosi nam plastikową kopułę – kociochron – który ma zapobiegać kociej kradzieży i siadania na jedzeniu.

Zamiast delektować się smakiem tarty z kawałkami czekoladek KitKat, cmokam i gaworzę na dwa małe gagatki, które po chwili szturmują nasz stolik w poszukiwaniu czegoś dobrego. Kociochrony izolują tosta i tartę, ale koci tył ląduje podczas siadania w mojej latte. Pionier wśród kawiarnianych złodziei odgryza fragment mojego ciasta, a upomniany wali na sąsiedni stolik i łapką sięga do podnoszonego momentalnie talerza. Zdejmuje kawałek mięsa z sałatki, ucieka pod stół i zadowolony ze swojego huncwockiego czynu oddaje się konsumpcji.

Kradzione nie tuczy.
 

Do kawiarni ciągle ktoś wchodzi, aż w końcu nie ma wolnych stolików. Postanawiam okupywać mój aż do śmierci. Do lokalu wchodzą dwie nieznające regulaminu dziewczyny i jedna z nich od razu wali do Ryszarda i wtapia się w jego tłuszcz, tuląc go jak pluszaka. Zazdroszczę jej. Chciałabym choć przez chwile nie wiedzieć, że tak nie wolno. Natychmiast zostaje upomniana, odstawia rudasa na parapet, a Ryszard teraz ma minę mówiącą „nakarm mnie to pogadamy o moim mięciutkim futerku”.

 
W międzyczasie Daisy śpiewa mi serenadę pod tytułem nie jadłam od 10 minut, kawa już dawno jest zimna, a facet koło nas hipnotyzuje jakąś małą futrzaną kulkę myszką zawieszoną na sznurku. Kilka innych grubasów wyleguje się na ciepłych parapetach, a Ryszard dumnie wędruje przez kawiarnię, zamiatając spasionym ogonem mniejsze koty. Zewsząd słychać „ojeeej/ jomniomniom/ jakitycudny/ cobyśchciał/ jamniamnia/ piskpiskpiskjakitysłodkijesteś/ kochaniechcetakiego”.
 
Jak przystało na prawdziwą kociarę, nie rezygnuję z rozmowy z nowymi przyjaciółmi i cierpliwie perswaduje Złodziejowi, że koty nie lubią ciastka ani kawy. W międzyczasie K. doświadcza kociej inwazji przez to, że w jego kanapce jest szynka.

Leszcze

 
Wychodzę z Biedronki, niosąc torby w obu rękach, na szyi, a jedną ciągnąc za sobą na łydce po tym, jak 1.5 godziny wcześniej wyszłam po masło i cytrynę. Przede mną trochę ponad pół kilometra dreptania, a właściwie sunięcia się po mokrym bruku. Docieram do przystanku, zatrzymuję się i z radością zauważam, że za 3 minuty przyjedzie po mnie rycerz na białym koniu, który zabierze mnie i moje niepotrzebnie wydane miliony niezbędne do życia produkty prawie pod same drzwi. Obracam się, a moje siaty wiernie naśladują każdy mój ruch. Na horyzoncie mojego końca świata widzę zajezdnię, na której do startu szykuje się mój potencjalny środek transportu. Obok mnie stoją ludzie w różnym wieku, sztuk około pięć. Zastanawiam się, czy to na pewno dobry pomysł, żebym jechała cały jeden przystanek, jeśli mam dwie sprawne nóżki, a z siatami szarpię się na własne życzenie.
 
Nie no. Nie będę leszczem.
 
Obracam się i znów dreptam w stronę cywilizacji, niebo zaczyna płakać nad moją głupotą, a mój rycerz na białym koniu po chwili mija mnie i pędzi w stronę najbliższego przystanku. Kilka dni później nagła potrzeba posiadania cukinii znów kieruje mnie do Biedronki. P.S. To nie jest lokowanie produktu, Biedronka nie dała mi ani jednej naklejki za to, żebym promowała zakupy w niej, po prostu mam ją relatywnie blisko. W każdym razie, przy kasie łapię jeszcze gumę do żucia i po podliczeniu okazuje się, że moja cukinia rozrosła się do 38 złotych i 2 groszy. Psioczę w myślach na szpinak za 2.50, który w ostatniej chwili odłożyłam i przecier, którego zapomniałam. Moja dłoń, trzymająca kartę wisi w powietrzu, pa ni lustruje mnie wzrokiem, czekając, aż powiem „a to proszę jeszcze coś za 2 złote”.
 
No ale przecież nie będę leszczem.
 
Wychodzę z biedronki z poczuciem utraty co najmniej 4 naklejek i macham w myślach na pożegnanie świeżakom, które mogłyby spać z moimi kotami, gdybym zdecydowała się zrobić tartę ze szpinakiem. Kontynuuję tradycję i nie czekam na autobus, żeby nie być leszczem. Gdybym przejechała teraz ten jeden przystanek jako leniwy leszcz, okazałoby się, że równie dobrze mogłam wyleszczyć te 2 zł.
 
Choć mi przychodzą do głowy tylko sytuacje związane – bezpośrednio lub nie – z jedzeniem, to strach przed byciem uznanym przez społeczeństwo za leszcza zdarza się w każdej dziedzinie naszego życia. Ale apeluję – nie bójmy się być leszczem, jeśli może nam się to jakkolwiek opłacić.  Bycie leszczem może się w  ostatecznym rozrachunku okazać całkiem przydatne.