Uncategorized

To, czego nie da się odzobaczyć, czyli najgorsze rzeczy, jakie widzieliśmy

 

 
 
Kinga: Dzisiejszy
świat oferuje masę filmów, książek i seriali. Oferuje też możliwości twórcze.
Od czasów początku Hollywood sporo zmieniło się w kwestiach organizacyjno-technicznych.
Wystarczy przecież pójść do pierwszego lepszego sklepu oferującego sprzęt
elektroniczny, kupić aparat czy kamerę z zadowalającą jakością obrazu i dźwięku
(a teraz wszystko w takiej nagrywa), dokupić do tego kilka lamp z białym światłem
albo samemu zrobić blendę z celofanu i już możemy śmiało równać się z ekipą
filmową.

Mając dostęp do komputera, skromne zaplecze finansowe i kilka trafnych
znajomości, wydanie książki staje się równie łatwe co włożenie butów zapinanych
na rzepy. Niestety, przez tę ogólnodostępność i łatwość realizacji spadła
jakość i tym samym wartość produktów popkultury. Każdy z nas widział w swoim
życiu jakiś zły film, serial czy czytał chłam zamiast książki, która –
okrzyknięta bestsellerem – okazała się rozczarowującą naroślą na naszych
oczekiwaniach. Warto jednak zauważyć, że istnieją też takie wytwory jak „Kac
Vegas”, które generalnie są do kitu, na których zbijasz facepalmy, ale mimo to
poleciłbyś to znajomym jako tło dla pijackiej soboty. Ale są też niestety pewne
czarne owce, które brukają Cię od początku do końca, aby na koniec zostawić Cię
w poczuciu beznadziei i straconego czasu. I właśnie do dyskusji na temat tych
produkcji chcę Cię zaprosić.
Redaktor Ego: Jakże
my lubimy pochwalić się, że w wolnych chwilach lubimy obejrzeć dobry film,
przeczytać zajmującą książkę. Bywa też tak, że zapytani o zainteresowania i
hobby zdajemy sobie sprawę, że jeżeli w końcu znajdziemy wolny czas, to polega
ona na siedzeniu w pidżamie przed telewizorem i wcinaniu odgrzanego obiadu lub
dojadaniu chipsów z wczoraj. Sam mam awersję do wychodzenia „na miasto” i wolę
niezagospodarowany czas wypełnić jakimś jego zabijaczem. Czasami więc „dobry”
film i „dobra” książka są jedynym dobrym pomysłem, jaki przychodzi nam wtedy do
głowy. Jednak czy robimy to z pasją, czy też od czasu do czasu, jasne jest, że
wolimy napotykać na drodze dobre produkty. Niestety, niezależenie od poziomu
naszego zaangażowania, nie unikniemy na naszej drodze rozczarowań. Niekiedy
przypadkowo, czasem z powodu nietrafionej recenzji znajomego. Winą jest czasem
nieporozumienie, bo tytuł niby brzmi podobnie, ale produkcja zupełnie inna…
nieważne, jak bardzo będziemy się starać, wcześniej czy później natrafimy na
książki, od których ma się ochotę wydłubać sobie oczy. Filmy, przy których
chodzenie boso po rozżarzonym węglu i rozbitym szkle wydaje się przyjemniejszą
alternatywą. Seriale, które po odcinku pilotażowym powinny zasugerować twórcom
zaszycie się pod ziemią lub wystrzelenie się kapsułą na orbitę. Wspomnienia tych
kilku przykrych najlepiej byłoby uczcić minutą ciszy.
Kinga: Minuta za
nami, wobec tego możemy zacząć festiwal. Na początku muszę wyróżnić Złotym
Pasożytem twór, na który wszyscy swego czasu rzucili się jak na ciepłe bułeczki
z Leclerca (najlepsze na świecie!). Który zebrał gromkie brawa, zdominował
absolutnie wszystkie filmowe gale i festiwale 2015 roku i trafił na wyższe
uczelnie jako przykład reżyserskiego arcydzieła. Z tego też powodu obawiam się,
że kolor moich włosów nie pozwolił mi poprawnie zrozumieć tego przekazu. Nie
potrafię znaleźć w nim żadnego pozytywu. Film trwa ledwo ponad półtorej
godziny, ale ciągnie się tak bardzo, że po zakończeniu czułam się starsza co
najmniej o zupełnie bezproduktywny tydzień.
Gdybym miała zarysować Ci fabułę „Grand Budapest Hotel”,
nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć. Film jest niezwykle chaotyczny, ale
nie tak jak np. „Player One”, gdzie ten chaos jest uzasadniony, potrzebny i
zorganizowany. Jest surrealistycznie chaotyczny. I nie zrozum mnie źle –
widziałam filmy np. Felliniego, w których główne role odgrywa abstrakcja i choć
nie były najlepsze na świecie – nie były też najgorsze. „Grand Budapest Hotel”
był najgorszy. Sceny kompletnie nie wynikały z siebie, wielowątkowość zahaczała
o niezrównoważenie emocjonalne twórców, bieg wydarzeń też nie był szalenie
absorbujący. Nawet Alexandre Desplat, jeden z moim ulubionych twórców muzyki
filmowej nie uratował tej beznadziejnej sytuacji, beznadziejnych kolorów i
beznadziejnej historii opowiedzianej w beznadziejny sposób. Generalnie film
niczego mi nie urwał, przypomniałam go sobie na potrzeby tego zestawienia i
chciałabym jak najszybciej o nim zapomnieć.
Ego: Do pewnego
momentu, gdy słyszałem o kolejnych planach przeniesienia komiksowych postaci na
duży bądź mały ekran byłem po prostu zachwycony. Jednak po premierze „Inhumans”
zaczynam dostawać apopleksji i wpadam w stany lękowe przy każdej informacji na
temat nowego serialu o superbohaterach. W produkcji o grupie nadludzi nie
działało zupełnie nic. Dialogi rozpisane są fatalnie, postacie pozbawione są
jakiegokolwiek charakteru, ale to jeszcze nie jest najgorsze. Podejmując się
pracy nad serialem sci-fi, gdzie co druga postać posiada jakieś niezwykłe
zdolności, przynajmniej jedna osoba musiała mieć świadomość, że wymaga to
sporego budżetu. Już na zdjęciach promocyjnych do „Inhumans” mogliśmy zobaczyć
ekipę wyglądającą jak po napadzie na wypożyczalnie kostiumów karnawałowych
(Medusa wyglądała przy tym, jak w tanim cosplayu Dafne ze „Scooby-Doo”). By
zaoszczędzić na efektach, bohaterkę obdarzoną umiejętnością kontroli swoich
włosów, już w pierwszym odcinku ścięto na wojskową zapałkę. Zaoszczędzone
fundusze można było przeznaczyć na catering, bo w serialu nic ciekawego nie
było nam dane oglądać. Oczywiście można było liczyć, że niedociągnięcia zakryją
efekty specjalne, tych jednak nawet nie było. Można znieść teksturową
scenografię, fatalne stroje i marne efekty, jeżeli dialogi i fabuła jest na
przyzwoitym poziomie, a do postaci poczujemy jakąś chemię. Aktorzy postanowili
jednak wyciągnąć wspólną średnią ze scenografii i wszystko wyszło fatalnie.
Kinga: Kiepskie
adaptacje są niestety wszędzie. Zdeptana złymi filmami postanowiłam sięgnąć po
równie wychwalaną, co „Grand Budapest Hotel”, książkę. Książkę, która nie tylko
przygniotła mnie do ziemi, ale wdeptała w sam jej środek i przysypała warstwą
gruzu. Nie wiem, czego dobrego spodziewałam się po osobistych doświadczeniach
bohaterki, opatrzonych hasłem „prawdziwa historia”, ale dałam szansę milionom
sprzedanych egzemplarzy. I dostałam tak mocno w twarz, że postanowiłam
zakończyć ten związek w połowie jego trwania, zanim zacznę potrzebować obdukcji
i terapeuty.
„Dzika droga” zapowiadała się relatywnie ciekawie – kobieta
zmęczona codziennością postanawia wyruszyć w samotną podróż, aby odreagować.
Wędrówka przez Pacific Crest Trail daje pisarskie pole do popisu – zmieniający
się krajobraz, napotkani ludzi, pustynne żyjątka, problemy… Autorka miała
okazję zrobić z tego całkiem dobry survivalowy felieton. Zamiast tego dostajemy
relacje z przygodnego seksu i szczegółowy opis odparzeń i odrywających się od
ciała strupów, a zamiast zaciekawienia – mdłości. Kilka lat po premierze ktoś
wpadł na pomysł, żeby zrobić z tego film, ale chyba daruję sobie tę wątpliwą
przyjemność.
Ego: Muszę
przyznać, że jeżeli chodzi o książki, to mam do nich ogromne szczęście.
Oczywiście nie zawsze wybrany przeze mnie tytuł był jakimś olśniewającym
opisami i złożonością postaci opasłym tomiszczem. Zdarzały się często proste
czytadła, które przypominały mi przejażdżkę metrem. Bohaterowie szybko
przenosili się od jednego wydarzenia do drugiego, historia byłą tak niezwykła,
jak widoki za oknem, ale co najważniejsze szybko się kończyła i pozwalała
względnie miło zabić czas. Niestety moje szczęście skończyło się w momencie,
gdy poznałem Miroslava Žambocha. Do pierwszego (i jak na razie jedynego
spotkania, pierwsze wrażenie pozostawiło spory niesmak) doszło za sprawą
„Przemytnika”. W pierwszym tomie przygód Agenta JFK (z prezydentem USA ma on
wspólne jedynie inicjały) autor z kraju Krecika przeniósł głównego bohatera do
równoległej rzeczywistości. Nie uważał on jednak za stosowne, aby przedstawić
ją czytelnikom w jakimkolwiek stopniu. Przypadkowo dowiadujemy się czegoś o
nielegalnym handlu magicznym piwem, czarodziejach i przemycie kokosów z innego
wymiaru. Dla bohatera nie jest to jednak nic niezwykłego i do każdej nowości
podchodzi całkowicie beznamiętnie. Zupełnie jakby największą aspiracją
Žambocha, było napisanie książki, którą pasowałaby jako dodatek do znalezienia
w paczce płatków śniadaniowych.
Kinga: Wspomniałeś
o czeskiej przygodzie, a więc jesteś całkiem blisko mojego kolejnego przykładu.
Mówiąc o najgorszych rzeczach, jakie widzieliśmy, nie da się pominąć naszej
rodzimej twórczości. Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie polskie filmy są
złe. Ale akurat „Wino truskawkowe” jest złe. Choć traktowane w kategoriach
doskonałego realizatorsko psalmu pochwalnego dla terenów galicyjskich, kina
kresowego i współpracy polsko-czesko-słowackiej. Główny problem tego filmu jest
taki, że trudno go zrozumieć i to dosłownie. Na pewno wiesz, jakie podstępne
złe duszki kryją się pod określeniem „dźwięk w polskim filmie”. A ten dodatkowo
w dużej części operuje dialektem polsko-słowackim, w którym poszczególne słowa
nie istnieją ani w jednym, ani w drugim języku. Za gatunek czy kategorię tej
produkcji uważa się realizm magiczny, ale twórców chyba za bardzo poniosło,
przez co film jest w całości zrozumiały dla nich samych, ewentualnie dla
garstki studentów filmówki, którym powiedziano, jak poprawnie go interpretować.
Cała historia brzmi jak wydarta gdzieś z notatnika Mickiewicza, dopełniona
humorem z „Rancza” – jakaś przygraniczna wieś, jakieś duchy, jakieś szamaństwo,
jakieś zbrodnie… Dla mnie nie jest to jedna z tych produkcji, które chcesz
poznać, mimo że są idiotyczne. Nie chcesz jej poznać ani trochę.
Ego: Z tego, co
mówisz i tak wydaje mi się, że więcej w filmie było elementów magicznych niż w
„Synu Królowej Śniegu”, który miał zahaczać o bajkowość, ale wyrżnął głową w
półkę z literaturą o niedojrzałych, wyzwolonych, nieogarniętych i irytujących
nastolatkach. Mimo ogromnego zmęczenia podczas oglądania powyższej polskiej
produkcji nie jest to najgorszy film, jaki widziałem w tym roku. „Escape Room”
pretenduje do najgorszego horroru w historii. Miał być slasherem czerpiącym z
klasycznej serii „Piła”. Zamiast konkurencyjnej odpowiedzi wyszedł z tego
upośledzony kuzyn, który na pierwszym planie prezentował wszystko, co
najbardziej irytujące w filmach grozy ostatnich lat. Mieliśmy przygłupich i
absolutnie nieogarniętych bohaterów, fatalnie zaprojektowane zagadki, fatalne
dialogi i wątłą pozbawioną sensu historię. O ile „Piły” można nie lubić z wielu
powodów, to jednak zachowywała ona pozory jakiejś spójności i logiki. „Escape
Room” był najgorzej przygotowanym horrorem z jakim miałem do czynienia, a
jedyną towarzyszącą mi w czasie seansu myśl brzmiała „czy oni mogą już w końcu
poumierać, żebym mógł stąd wyjść”.
Escape Room – recenzja Redaktora: TUTAJ
Syn Królowej Śniegu – recenzja Redaktora: TUTAJ
Kinga: Skoro
wspominasz o horrorze, pozwól, że sprzedam Ci coś, co można jednocześnie uznać
za horror i dramat. Taki poważny dramat. To jeden z niewielu filmów, który ma u
mnie jedną samotną gwiazdkę na dziesięć możliwych. Dla „Don’t blink” sporym
komplementem jest nazwanie go nieporozumieniem. Schemat jest tu taki sam jak
ten, który często pojawia się horrorach i dreszczowcach – grupa znajomych
trafia do domu na odludziu, w którym już po kilku chwilach coś zaczyna się
dziać. No właśnie, coś – zabójstwa, epidemie, upiory z szafy… A tutaj? Ludzie
znikają, kiedy nikt nie widzi. Po prostu znikają, rozpływają się w powietrzu. I
to jest największy problem tego filmu, że my nie wiemy, dlaczego tak się
dzieje. Nie wiemy też, jak – bohaterowie znikają niepostrzeżenie, zasłonięci na
chwilę drzwiami od lodówki. Czekałam co najmniej na ingerencję z kosmosu, a
dostałam niedopowiedzenie. Są jednostki, które doszukują się tu przekazu
symbolicznego – świat bez nas i tak istnieje, wszyscy umrzemy, i tak dalej. Ale
ja tego nie czuję w ten sposób. Czuję ten film jako wieloaspektową porażkę. I
szczerze mówiąc, wolałabym się zdematerializować niż obejrzeć to po raz drugi.
Ego: W sumie
wystarczyłoby dodać trochę zombie do „Don’t Blink” i zrobiłoby się znacznie
przyjemniej. Zresztą dodanie chodzących trupów gdziekolwiek sprawia, że głębsze
treści na ogół przestają mieć znaczenie, a i pasują niemal wszędzie. Jak
dorzucisz ich do romansu, wyjdzie Ci „Duma i uprzedzenie i zombie”. Jak dodasz
do nich smoki, zacznie się kolejny sezon „Gry o Tron”, jak wsadzisz ich na
kosmiczny statek, to dostaniesz „Dead Space”. Pomyśl o jakimkolwiek elemencie
popkultury, a zapewniam Cię, że nie będziesz miała większych problemów ze
znalezieniem jego zzombionej wersji. Jeżeli teraz szukasz czegoś, czym mogłabyś
mnie zagiąć, to ułatwię Ci zadanie. Możesz skreślić z listy możliwości „Gwiezdne
Wojny”. Zafascynowany odległą galaktyką zacząłem sięgać po kolejne książki
opowiadające o wydarzeniach z różnych epok. W końcu trafiłem na „Czerwone
Żniwa” Joe Schreibera. Opisanie walki między Sithami a zombie to nie aż tak
głupi i odrealniony pomysł. Niestety amerykański pisarz na pewno nie postawił
na wykonanie. Książka nie ma w zasadzie głównych bohaterów, bo niemal z każdym
rozdziałem pojawia się ktoś zupełnie nowy i jego perspektywy zaczynamy oglądać
wydarzenia. Postaci są nie tyle nieciekawie napisane, ile nie są opisane w
ogóle. Trudno nawet określić co miało być wątkiem głównym. Zdaję sobie sprawę,
że doklejenie umarlaków do tematu, który ich nie miał, nie jest zbyt
zobowiązujące. Jednak autor stworzył coś dokładnie bezpłciowego, co ciężko jest
nawet ocenić. Nie jest to ani straszne, ani zabawne, ani gwiezdnowojenne. A
przedzierając się przez kolejne rozdziały, jakby była to horda zombie,
zastanawiałem się, czy autor przypadkiem nie został już przez jednego z nich
dorwany. Nawet przeklęte krzesło u Mastertona było ciekawsze.
Kinga: Bezpłciowość
i nijakość to doskonałe określenia. Gdyby sie nad tym zastanowić, większość
wyróżnionych przez nas rzeczy jest zła, bo jest wyblakła, pozbawiona emocji.
Przezroczysta. I chyba to jest największa ich bolączka. Na zakończenie  chciałam do tego Koła Miłośników Szrotu dodać
jeszcze “Borata”, ale wtedy musiałabym wrócić wspomnieniami także do
jego potomka takiego jak “Nie zadzieraj z fryzjerem” czy starszego
brata, Bruce’a Wszechmogącego. A jednak są filmy, które nawet nie zasługują na
kawałek miejsca w mojej głowie. Przygotowując sie do tego zestawienia, zdałam
sobie sprawę, że jest ktoś, kto łączy w sobie wszystko, co złe, a jednocześnie
zbiera pochwały z całego świata. Ktoś, kto od Felliniego pożyczył statyczność
realizacji, od Taeusza Kantora abstrakcje fabularne, a od Darka Jabłońskiego –
wypłukane kilka razy w wybielaczu kolory. Ktoś, kto przezroczystość przekazu i
wyrazu opanował do perfekcji. W opinii publicznej każdy szanujący się zjadacz
kultury powinien doceniać filmy takie jak “O północy w Paryżu”,
“Blue Jasmin” czy “Vicky Christina Barcelona”. Tylko za co?
Woody Allen jest świetnym filozofem, ale zastanawiam się, w
jaki sposób jego filmy robią taką karierę. Może to dlatego, że zatrudnia
dobrych aktorów, którzy z całych sił próbują ratować sytuację. Nie wiem, jak
można obejrzeć jakikolwiek jego film, tylko siedząc i oglądając. Nie prasować
przy tym, nie pisać magisterki, nie czytać tabloidu. Siedzieć i patrzeć. I nie
umierać z braku zajęcia. A mimo to oglądam każdy jego film i czekam, aż w końcu
dojrzeję emocjonalnie na tyle, żeby je docenić.
Ego: Od kiedy po
raz pierwszy doświadczyłem dobrodziejstwa, jakim jest Netflix, myślałem, że
cudownościom nie będzie końca. Niektóre produkcje proponowane mi przez platformę
były dobre, inne lepsze. Ogólnie jakiś poziom był i szły za tym pewne
oczekiwania. Całkiem niedawno na serwisie pojawił się „Dom Otwarty”. Gdy po
obejrzeniu filmu jestem zapytany, co ciekawego oglądałem, mogłem zazwyczaj
odpowiedzieć dość ogólnikowo i raczej bezspojlerowo, że chodziło o duchy,
klątwę, seryjnego mordercę czy halucynacje. Jedyne co mogłem powiedzieć o tym
tytule, nie zdradzając przy tym 2-minutowego zakończenia, brzmiałoby „wiesz, to
o krasnoludkach, które przestawiały przedmioty w domu”. Budowanie napięcia za
pomocą zmieniających swoje położenie telefonów oraz nieco niepokojących
sąsiadach mogłoby się nawet udać. Jednak oglądanie po raz czwarty jak pod
prysznicem woda zmienia temperaturę, strasząc bohaterkę, miałem ochotę
wyskoczyć z tej kolejki, która pędziła niczym rozpędzone dziecko w chodziku
(ktoś naoglądał się „Psychozy” i uznał, że to będzie zabawne, bo wszyscy
wyczekujemy tego cholernego noża). Wiesz, co było jednak najgorsze? Fakt, że
zakończenie nie tyle było naciągnę czy rozczarowujące prostotą. Nie było go w
zasadzie wcale. Naiwnie wierząc, że po przemęczeniu się przez powolną historię
w końcu dowiemy się, kto zabija, dostaniemy nie tyle obuchem przez głowę, ile
wylane zostanie na nas wiadro pomyj. Byłem wręcz zażenowany, gdy szczytem
błyskotliwości twórców było zakończenie filmu w momencie, gdy zabójca się
pojawił, a my go nawet nie zobaczyliśmy. Netfliksie…to było słabe.
Kinga: W
kategorii najgorszych rzeczy jakie widzieliśmy w życiu możemy postrzegać takie,
które są złe z założenia – “Ludzka Stonoga”, “Sharknado”
czy “Zęby” (przysięgam, to najgłupszy film świata) to produkcje, od
których nie możemy spodziewać się wiele. Oglądamy, żeby sie pośmiać. Czytamy,
żeby hejtować, żeby przekonać się, że faktycznie ktoś wyprodukował szmirę.
Jednak bardziej bolą nas te, które brzmią, jakby miały zawładnąć naszym sercem,
mózgiem i mokrymi snami. A okazuje się, że nadają sie tylko na zapomnienie. I
to jak najszybsze. Jedyny ich plus jest taki, że mamy możliwość wylać z siebie
nadmiar jadu przy okazji właśnie takich zestawień. Czytając jedną z Twoich
recenzji (chyba właśnie “Escape Room”), zapadło mi w pamięć hasło
przyznawania filmom Złotej Łyżeczki, którą można sobie wydłubać oczy. Spodobało
mi się to określenie i z tą myślą Cie zostawiam. Bo co raz zobaczone…
Ego: Nie ważne
jak będziemy się starać wcześniej czy później trafimy na tytuł, o którym
chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Wygrzebać z pamięci, rozpuścić kwasem i
zalać betonem, tak aby nie przyszło nam używać tych wspomnień jako skojarzeń i
porównań. Ciężko jest jednak nieprzyjemnych spotkań trzeciego stopnia uniknąć.
Chociażby dlatego, że niektóre opisy zupełnie nie zgadzają się z zawartością
książki czy filmu. Na szczęście nie są to nasze „lektury obowiązkowe”, zawsze
może podnieść nas na duchu fakt, że możemy przerwać w każdej chwili. Wyjść z
kina, odłożyć książkę i przerwać serial. Zawsze możesz też zacisnąć zęby,
wytrzymać do końca i wyżyć się przelewając na papier najbardziej nikczemne
porównania oraz okrutne i bezwzględne epitety. Czasem przychodzi to nawet
łatwiej niż chwalenie nawet ulubionego tytułu. Ważne, żeby wszędzie odnajdywać
jakieś plusy.