Miejskie życie

Wielkanocne sardynki

Wracanie gdziekolwiek po jakichkolwiek świętach jakimkolwiek publicznym środkiem transportu jest jak samotna wyprawa zimą na szczyt K2 – niemal niewykonalne. I to bynajmniej nie przez otaczającą samotność. O, zdecydowanie nie. Bez względu na to, co tam czuwa na bliżej nieokreślonej górze i czy ktoś w ogóle, jestem wdzięczna za grupy na fejsbuku, na których ludzie jadący samochodem z miasta A do miasta B oferują swoje tylne siedzenia, aby podróż minęła innym przyjemniej niż w autobusie.

Niestety życie czasem bywa zołzą i zamiast opcji cukierka w zamian, oferuje sam psikus. Stalkuje moją grupę od poniedziałku, przekonana, że jest przynajmniej 70℅ szans, że przynajmniej jedna osoba jedzie w środę do Lublina. Ups. W poniedziałek jest mi jeszcze obojętne, we wtorek po południu zaczynam drapać skórki przy paznokciach. Czy to możliwe, że wszyscy pojechali we wtorek? Pewnie tak. No, przynajmniej będzie mało ludzi w busie.

He.

Hehe.

Hehehehe.

Okazało sie, że nie jestem jedyną osobą, która potrzebuje akurat tego dnia dostać sie do Lublina. A że połączenia między województwami rządzą się swoimi prawami, moje COKOLWIEK kursuje 2 razy dziennie. ”Nie będę się wyrywać na 8 rano, przecież do 15 zrobię jeszcze dużo rzeczy w domu.”I faktycznie zrobiłam. Nawet krew do badań pobrałam. To znaczy nie ja. I nie w domu. 14.45, stoje na przystanku, czekam na teleport pełen klimatyzacji. Dookoła mnie tłumy ludzi, z czego zdecydowana większość wygląda jakby wracała że szkół do okolicznych pipidówek. Podjeżdża jeden pipidowóz, drugi pipidowóz, zaraz za nim trzeci. Sporo ludzi wsiada, jeszcze większe sporo zostaje. Zewsząd słysze ”Lublin” albo “Warszawa”. Mój bus. Wszyscy planują walić do mojego busa, który ma pewnie z 30 miejsc.Historia jak z wycieczki po kołdrę do Lidla. Cały czas mam nadzieję, że jednak sie rozmyślą.

A oni złośliwie stoją i czekają.

Podjeżdża moja niebieska najbliższa przyszłość. Odstawiam Grażę i walę do środka jako pierwsza, taranując jakiegoś słoika z Warszawki. Polowanie na najlepsze miejsca odbyło się miejscowość wcześniej, dlatego zajmuję pojedyncze miejsce gdzieś pośrodku i patrzę jak do środka wlewają sie inni świąteczni partyzanci. Dobrze wychowane ostatki, które przepuszczały wszystkich w drzwiach, teraz mają przed sobą 3 godziny drogi na stojąco w busie, w którym klima zdominowana jest przez nadmiar spoconych oddechów zionących ogniem sałatki jarzynowej z chrzanem. Mam pojedyncze siedzenie, więc odwłok mojej torby wystaje na przejście. Tym samym niezbędne mi do życia klipsy do wieszania prania, ścierki z mikrofibry i zielona poszewka na poduszke, których z jakiegoś powodu nie mogłam kupić na miejscu, są wystawiane na ciągłe popychanie, kopanie i deptanie. Wchodzący ciągle wchodzą, stojący kompresują sie jak mogą i za chwilę swoim rozmiarem zawstydzą nawet Winrara.

Puszczam na siebie nawiew, żeby przypadkiem nie oddać komuś jednego serniczka za dużo i chowam się pod natłokiem bagażu. Jeszcze tylko 3 godziny. Dobrze, że jest wifi. Obejrzę sobie coś na tablecie. Jak tylko oswobodzę choć jedną rękę.