Uncategorized

Nie ma innej opcji, czyli aktorzy urodzeni do swoich ról

 

Kinga: Oglądając
film, obserwujemy go pod wieloma kątami – estetyka wykonania, aspekty
techniczne, obsada. Z tym ostatnim często jest spory problem, bo film może być
świetny sam w sobie i mieć potencjał na bycie prawdziwym klasykiem za
kilkanaście lat, ale twarze pojawiające się na ekranie nijak nie pasują do
przypisanej im roli.

Z drugiej jednak strony, zdarza się także (może nawet
częściej), że producenci wręcz nie mogli wybrać lepiej, a osoba obsadzona w tej
konkretnej roli wydaje się być urodzona, żeby właśnie w tym filmie zagrać
dokładnie tę postać. Nam jako odbiorcom też często bardzo trudno wybrać kogoś,
kto mógłby sprawdzić się w tej roli lepiej, niż pan X czy pani Y. Możemy tutaj
wymieniać takich geniuszy jak Johnny Depp, którzy sprawiają wrażenie, jakby urodzili
się do absolutnie każdej odgrywanej przez siebie roli, ale warto też sięgnąć
głębiej. Na pewno znajdziemy wiele takich twarzy, bez których ten jeden film by
się nie udał. I dzisiaj do wywołania tych aktorów przed szereg Cie zapraszam.
Redaktor Ego: Początkowo miałem ochotę przejrzeć listę laureatów Oscarów i
znaleźć tych najbardziej znanych aktorów i odegrane przez nich rolę, które
obrosły już legendą. Tak wypadałoby zrealizować zaproponowany przez Ciebie
temat. Uznałem jednak, że w zgodzie z moim sumieniem będzie kierowanie się
głosem serca i pierwszymi skojarzeniami. Są bowiem tacy aktorzy, którzy swoją
twórczością, a czasem zaledwie jedną rolą, przypięli sobie pewną metkę, której
cały późniejszy aktorski dorobek nie jest w stanie wytłuc z pamięci widzów. Nie
wyobrażamy sobie wtedy już nikogo innego na jego miejscu, a jego twarzy już do
końca świata będziemy łączyć z jedną tylko postacią. Nie zawsze są to też role
zasługujące na nagrody czy wyróżnienia, lecz mające w sobie pewien urok i czar.
Świetnym przykładem jest wspomniany Johnny Depp, który już zawsze będzie grał
wykolejeńców i każda kolejna postać będzie wariacją na temat Jacka Sparrowa.
Dlatego tworząc listę moich kandydatów, będę kierował się nie tyle wygórowanymi
artystycznymi standardami, ile moją sympatią.

Kinga: Sympatia
to bardzo dobre słowo. Oczywiście, nigdy nie wiemy, czy ktoś nie zrobi tego
lepiej, ale ważne jest to, że trudno sobie wyobrazić kogoś innego w tej właśnie
roli. Gary Oldman też czasem zagrał wariata, ale czy widzisz go w roli
Szalonego Kapelusznika? Jacka Sparrowa?
Ale wracając do sympatii, na początek zabiorę Cię do Białego
Domu i spytam – jak według Ciebie powinien wyglądać bezwzględny polityk,
pokonujący w kilku wielkich susach drogę od zera do bohatera, w tym przypadku
do objęcia urzędu prezydenta USA? Bo w moim odczuciu, teraz, odpowiedź może być
tylko jedna.
Kevin Spacey ma w CV sporo filmów, w którym zagrał większe
lub mniejsze role, bardziej lub mniej nijakie. W „Jak zostać kotem” widzimy go
(przynajmniej przez chwilę) jako zapracowanego tatę, w „Szefowie wrogowie”
przyglądamy się jego roli psychopatycznego korpowładcy. Oglądając „K-Pax”,
nawet zaczynamy mu wierzyć, że pochodzi z innej planety, a za rolę w „American
Beauty” dawno temu dostał Oscara. A potem pojawiło się „House of Cards”, w
którym to Spacey jako Frank Underwood jest tak wyrazisty, że bardzo szybko
zaczęłam mu kibicować i razem z nim dążyć do celu po trupach przypadkowych
ludzi.
Nie wyobrażam sobie absolutnie nikogo innego w tej roli.
Jego surowa twarz, sprawiająca jednocześnie przyjazne pozory dobrej duszy,
która każdemu da pracę i dla każdego będzie wspaniałym prezydentem, to
prawdziwy majstersztyk, który trudno jest powtórzyć nawet najlepszemu aktorowi.
Bo bezwzględna i zarazem łagodna twarz Spacey’a po prostu tam pasuje. Kiefer
Sutherland w „Designated Survivor” nigdy nie będzie tak prezydencki. Z tym, że
akurat tam chodzi o to, żeby nie był. No mniejsza. W każdym razie, Kevin Spacey
jak nikt pasuje do swojej roli i nie ukrywam – jest mi smutno, że w ostatnim
czasie spadło na niego tak duże wiadro medialnych pomyj, rujnujących jego karierę,
dlatego ilekolwiek sezonów HOC jeszcze wyjdzie, prawdopodobnie ich nie obejrzę.
Bez Franka to już nie będzie to samo.
Redaktor Ego: Od razu muszę zacząć od przyznania Ci racji. Po zaledwie
kilku pierwszych odcinkach „House of Cards” nie byłem sobie w stanie wyobrazić
nikogo innego w roli Franka. I mimo małego jeszcze doświadczenia z serialem,
należę już do grupy osób, które na myśl o najnowszym sezonie chórem odpowiadają
„bez niego to nie będzie to samo”.

Elegancki, szanowany, nieco przebiegły i mający głowę na
karku. Takimi cechami powinien charakteryzować się każdy rekin biznesu.
Istnieje również wiele innych zawodów, w których taki osobowościowy asortyment
byłby wskazany. Czasem też wystarczy, żeby takie wrażenie zrobić na rozmowie
kwalifikacyjnej, a potem jakoś to będzie. Robienie z siebie pajaca na pewno
nikogo do nas nie przekona i nikt pozytywnie nas nie zapamięta. Dlatego
doskonale pamiętam jak rodzice, babcia oraz nauczycielki powtarzały mi, żebym
przestał się pokrzywiać, robić głupie miny, wygłupiać się i zachowywać jak
błazen. „Jak się będziesz tak zachowywał, to Ci tak zostanie”. Trochę się tego
bałem… w końcu moja znajomość medycyny w podstawówce nie była specjalnie
rozległa, dlatego wiara, że krzywa i głupia mina może zostać ze mną do końca
życia, wpływała na moją wyobraźnię i zachowanie. Z głupiego zachowania wyrosłem
i podzielam czasem zdanie rodziców dotyczące sympatii, jaką obdarza się ludzi
„mocno oderwanych od rzeczywistości”. Jest jednak pewna osoba, która ze swoim
„pajacowaniem” musiała się urodzić i mimo strasznie oraz rodzicielskich gróźb
wcale nie postanowiła z tego wyrosnąć. Co więcej, zamieniła to w talent i stała
się dzięki temu niezwykle rozpoznawalna. Elastyczność twarzy Jima Carreya jest
wręcz niesamowita, a swoim nietuzinkowym sposobem bycia skradł z pewnością
wiele serc. Nic też dziwnego, że do zagrania niektórych ról jest wręcz
stworzony, a część z nich wydają się napisana specjalnie dla niego. Spróbuj
wyobrazić sobie w roli Maski albo Ace’a Ventury jakiegokolwiek innego aktora
(no dobra, z Maską później próbowali, ale widać, jak wyszło. Mało kto o tym w
ogóle pamięta).

 

Kinga: Faktycznie,
jest taki typ aktorów, których twarz nadaje się do odgrywania konkretnych ról.
Na przykład tacy, którzy nadają się tylko do tego, żeby się z nich pośmiać. Ben
Stiller, Anna Faris, Owen Wilson, Adam Sandler czy Jim Carrey – możemy obejrzeć
„poważny” film z ich udziałem, ale czy to nie będzie bardzo kontrastowy obraz?
Odnosząc się do Jima Carreya w roli Maski – masz racje. Gdyby tam wsadzić twarz
Bena Stillera, pewnie byłoby zabawnie, ale na pewno nie tak, jak jest teraz. No
i absolutnie nie wyobrażam sobie „Cuban Pete Song” w czyimkolwiek innym
wykonaniu.
Moja kolejna propozycja była w zasadzie iskrą dla całego
tego zestawienia, pewnie to dlatego, że niedawno postanowiłam zrobić sobie
maraton „Batmana”. Od początku robienia filmów o człowieku-nietoperzu, mieliśmy
okazję obserwować szereg aktorów obsadzających te same role. Widzieliśmy kilku
Batmanów, kilku Jokerów, w starych wersjach Harvey Dent nawet był czarnoskóry.
Ale to właśnie o Jokerze chciałabym dzisiaj wspomnieć. A raczej o jednym z
nich. W tej roli obserwowaliśmy już Jacka Nicholsona, Heatha Ledgera, ostatnio
też Jareda Leto. Z całej tej trójki jest tylko jedna osoba, która naprawdę
pasuje do tej roli i jest to Ledger.
Żaden inny Joker nie przekonuje mnie tak do wszystkich
swoich racji, jak właśnie on. Grą aktorską Heath Ledger rozłożył mnie na
łopatki i gdyby ktoś mnie zapytał, po czyjej stronie w starciu dobry-zły
jestem, nie miałabym żadnych wątpliwości. Batman w porównaniu ze swoim
kolorowym antagonistą jest tak bezbarwny i przygaszony jak całe jego
przebranie. Ledger wręcz wrósł w swoją postać, złączył się z nią w jedno ciało,
przez co zgarnął monopol na Jokera. Nikt wcześniej i nikt później nie zrobi
tego tak dobrze jak on. Nicholsonowi oczywiście też nie można odmówić
umiejętności, miał już nawet okazję udawać chorego psychicznie, ale zwyczajnie
nie urodził się, żeby być Jokerem. Ledger najwidoczniej tak.
Redaktor Ego: Zaczynam poważnie się zastanawiać czy na pewno dobrze
wybraliśmy temat przewodni dzisiejszego teksu. Wszystko bowiem wskazuje na to,
że wypełniony będzie on mniejszymi lub większymi szaleńcami i szarlatanami.
Może to również dowodzić, że do grania ekscentryków na granicy norm społecznych
(lub daleko daleko za nimi) trzeba mieć naprawdę specjalne predyspozycje oraz talent.
Gdyby to było takie łatwe, częściej widzielibyśmy zapadające w pamięć postaci w
horrorach, w których przecież nie pojawiają się najlepsi z najlepszych.

Jeżeli więc mowa o szalonych postaciach i aktorach, którzy
świetnie z zadaniem sobie poradzili, oddaję pierwszeństwo paniom, a dokładnie
Evie Green. W serialu “Penny Dreadful” wciela się ona w Vanessę Ives.
Początkowo wyglądająca na spokojną, ułożoną, lecz posiadającą swoje tajemnice
kobietę, wydaje się jedynie towarzyszką Sir Malcolma Murray’a. Takie wrażenie
utrzymuje się dość długo, bo twórcy oddalają się od głównego wątku na rzecz
interesujących historii pobocznych. Z czasem jednak Vanessa okazuje się
postacią niezwykłą i tajemniczą, na jaw wychodzą kolejne elementy jej
przeszłości, która jest doprawdy szokująca. Jej spokojna i normalna wersja nie
robi żadnego specjalnego wrażania (ot zwykła miła pani która dba o to, aby
fałdy jej sukienki równo się układały). Na dobrą sprawę, gdy na ekranie
zaczynają przeważać inne wątki, łatwo o niej całkowicie zapomnieć (w końcu
możemy w tym czasie obserwować problemy rodzicielskie Frankensteina czy
rozterki sercowe jego potwora). Eva Green zaczyna grać pierwsze skrzypce w
serialu w momencie, gdy odgrywa opętanie. Staje się ona stuprocentowo szalona,
obłąkana, a jej postać kipi od żądzy, zdeprawowania i chęci szerzenia herezji
oraz zepsucia. Świetna charakteryzacja oraz niesamowita gra Evy sprawia, że
odegrana przez nią Vanessa jest nie tylko najlepszym punktem serialu, ale
również bije na głowę wiele innych dotychczasowych filmowych opętań i
egzorcyzmów.

 

Kinga: Skoro
wspominasz kobiece postaci, nie pozostanę Ci dłużna. Tym samym przełamię
schemat szaleńców, którzy faktycznie nieco zdominowali nasze zestawienie. Choć
moja kolejna bohaterka szaleństwa tak całkowicie się nie pozbyła. Oczywiście w
pozytywnym znaczeniu tego słowa.
 Wspominałam już
Johnnego Deppa, który idealnie wpasowuje się w każdą swoją rolę. Ale oczywiście
nasz Szalony Kapelusznik nie jest jedyny. Istnieje cała masa aktorów, którzy
świetnie radzą sobie z każdym filmowym wyzwaniem i nierzadko sami przychodzą do
głowy w kontekście konkretnych postaci. Meryl Streep nie można odmówić talentu,
charyzmy ani kreatywności. Idealnie pasuje do roli poważnych redaktor
naczelnych (co potwierdziła podwójnie w „Diabeł ubiera się u Prady” i w „The
Post”), dała sobie radę w komediach romantycznych, jako Margaret Thatcher
wypadła rewelacyjnie, a w musicalach pokazała także swoje możliwości wokalne.
Dlatego obsadzenie jej w roli „Boskiej Florence”, było dla mnie czymś zupełnie
naturalnym i nawet nie potrafiłabym znaleźć innej aktorki, która oddałaby
charakter tej postaci. Spodziewałam się jednak, że rola beztroskiej starszej
pani, przekonanej o swoim wokalnym talencie sprawi jej pewien problem. Ale tak
umiejętne robienie z siebie głupa sprawiło, że polubiłam ją jako aktorkę
jeszcze bardziej. Poza tym okazało się, że film nie jest zwykłą komedyjką, a
zabarwioną dramatem historią o sukcesie. Nie mogę też pominąć jednej kwestii –
cholernie trudne jest udawanie, że się fałszuje, kiedy śpiewa się czysto na co
dzień. Owacje na stojąco dla Meryl Streep, jako Florence Foster Jenkins i jako
każda inna postać.
Redaktor Ego: XIX-wieczny Londyn to miejsce, którego zdecydowanie
chciałbym uniknąć na trasie podróży w czasie. Brudne, błotniste, zadymione i
pełne bezprawia ulice. Za każdym rogiem czeka niebezpieczeństwo, a z każdego
zaułka zionie odór śmierci. W powietrzu unosi się zapach nieczystości, chorych
ciał i odrażających pokus i dewiacji. Na karku czuć wrogie spojrzenia opryszków
i ladacznic przypominające, że wartość Twojego życia jest równa zawartości
Twojej kiesy. Spiski, intrygi, zdrady, oszustwa oraz nieustanne knucie, mające
zapewnić wpływy i władze, niezależnie czy chodzi o arystokratyczne salony,
potężne kompanie handlowe czy najpodlejsze slumsy. Przy odrobinie szczęścia,
zamiast się męczyć w paskudnych warunkach, wylądujesz na dnie Tamizy z kosą w
nerce. Atrakcje co prawda prawie żadne, ale za to duszna aura niebezpieczeństwa
i zepsucia sprawia, że coraz częściej proponuje nam się wycieczki w takie
miejsca. Co w sumie nie dziwi, bo klimat jest już gotowy. Jednak nawet na takim
polu trzeba dorzucić coś ekstra, aby się wyróżnić.

Zastanawiam się jakby cała ta otoczka wypadła w
“Taboo”, gdyby nie Tom Hardy. Grany przez niego James Keziah Delaney
to kawał niezłego sku… Jest przebiegły, błyskotliwy, cwany, bezwzględny i
niebezpieczny. Nie odczuwa strachu i nie posiada żadnych hamulców. Do jasno
postawionego sobie celu dąży z uporem i niepokojącym spojrzeniem, którego
wrogowie nie potrafią odpowiednio odczytać. Podejmując kolejne decyzje i lawirując
w skomplikowanej sieci londyńskich intryg, pozostawia widzów wielokrotnie z
pytaniem, „czy James jest genialny, czy po prostu obłąkany” (działania
świadczą, że to pierwsze, spojrzenie krzyczy, że jest z nim coś mocno nie tak!)
Po zobaczeniu Toma w takiej roli wszelkiego rodzaju filmowe deppizmy wydają mi
się po prostu śmieszne.

 

Kinga: Czytając
Twój opis i pamiętając jego rolę w „Zjawie”, wierzę, że wypadł w tej roli
naprawdę dobrze. Jeśli Twój bohater nie odczuwa strachu, to teraz przedstawię
Ci kogoś, kto udawanie, że go nie odczuwa opanował do perfekcji.
 Parę lat temu do kin
wjechała odświeżona wersja serii „X-men”, w której możemy obserwować początki
walki mutantów ze światem, a znani bohaterowie są odmłodzeni i wyraźniejszy
staje się ich profil psychologiczny. Najbardziej ciekawą pod tym kątem (ale nie
tylko) jest nasz stary dobry władca złomu.
Magneto można lubić albo nie. Jego nieporadność i
niezdecydowanie mogą być urocze albo irytujące. Ale abstrahując od tego – czy
ktoś oddałby jego charakter lepiej, niż Michael Fassbender? W poprzednich
wersjach, Lehnsherr pod postacią Iana McKellena to starszy pan z doświadczeniem
życiowym, któremu niekoniecznie chce się jeszcze mieć jakiekolwiek swoje zdanie.
Stojący wiernie u boku Profesora X. Młody, zbuntowany Magneto to kalejdoskop
wszystkich trudnych emocji. Kto lepiej zagra osobę z tak skomplikowanym
życiorysem, smutnymi wspomnieniami z dzieciństwa i tak rozdartą emocjonalnie
niż Fassbender, którego twarz w każdym filmie wyraża taki ból istnienia, że
gdyby kiedyś powstała adaptacja „Cierpień młodego Wertera”, główna rola może
być z marszu obsadzona. Fassbender jest urodzony do wcielania się w role
zbolałych męczenników życiowych i niemieckich oficerów (w „Pierwszym śniegu”
nawet udało mu się połączyć obie te twarze w jedną). I chociaż brzmi to jak
seria obelg wypuszczonych w stronę aktora – lubię go w każdej jego roli. Jego
zbolały wyraz twarzy jest jego ogromnym atutem. Pewnie dlatego tak lubię Magneto.
Jak już wielokrotnie wywnioskowałam na przestrzeni wszystkich naszych zestawień
– nieporadni życiowo bohaterowie, którzy wzbudzają moją litość, wzbudzają też
sympatię.
Redaktor Ego: Rzeczywiście Fassbender ma niezwykłą łatwość w odgrywaniu
zagubionych postaci o nieco zbolałych mianach, a i odrobiny nazistowskiego
uroku też mu nie brakuje. Myślę, że już najwyższa pora wprowadzić trochę
pozytywnych elementów do naszego zestawienia. Wiadomo, że życie nieraz nieźle
kopie nas po tyłkach i rzuca często kłody pod nogi. Można się wtedy załamać i
narzekać, jaki świat jest niesprawiedliwy. By uniknąć takiego myślenia, przyda
się jakaś pozytywna (chociaż często naiwna) filozofia i motto, które
wypowiedziane w odpowiednią porę może poprawić nam nastrój. Przypominają mi się
słowa mojego profesora od retoryki, który mawiał, że „nie ma się co przejmować,
pamiętajcie, że zawsze mogło być gorzej”. No właśnie – inni mają gorzej. Wtedy
z tyłu głowy zaczyna krążyć myśl, że są ludzie, których dotykają o wiele gorsze
rzeczy, niż nasze codzienne problemy. Jeżeli nie tracą one sił i kroczą przez
życie z wysoko uniesionym czołem, zasługują na ogromny szacunek.

Przykładem osoby, która z całą pewnością miała w życiu trudniej,
ale nie straciła pozytywnego nastawienia i – co więcej – przekuła swoją przypadłość
w ogromną zaletę, jest Javier Botet. Możliwe, że to nazwisko niewiele Ci powie.
Jestem jednak święcie przekonany, że widziałaś go na ekranie więcej razy, niż
możesz nawet przypuszczać. Oglądając horrory, niezwykle rzadko zastanawiamy się
bowiem, kto kryje się za maską czy toną charakteryzacji, a ostatnio jesteśmy po
prostu pewni, że oglądane straszydła są całkowicie wygenerowane komputerowo. W
tym momencie na scenę wchodzi Javier.
Pochodzący z Hiszpanii aktor cierpi na zespół Marfana.
Schorzenie powoduję nieprawidłowości w tkankach łącznych, a osoby cierpiące na
tę przypadłość charakteryzują się wysokim wzrostem oraz nieproporcjonalnie
długimi kończynami. Ze swoją nienaturalną budową okazał się idealnym materiałem
na postacie z filmów grozy. Wystarczy kilka godzin charakteryzacji i
uśmiechnięty na co dzień mężczyzna zamienia się w wychudzony dwumetrowy twór z
najgorszych koszmarów. To on był mamą w „Mamie”, trzema upiorami w „Crimson
Peak”, włóczęgą w „To”, hinduskim bóstwem w „Po tamtej stronie drzwi”, Setem w
nowej „Mumii”, KeyFacem w „Naznaczonym 4”, przewijał się we wszystkich
częściach „REC”, był w „Obecności 2”, a nawet miał swoją chwilę we wspomnianej
przez Ciebie „Zjawie”. Wkrótce pojawi się w filmie zatytułowanym (co nie
powinno już nikogo dziwić) „Slender Man”. Teraz za każdym razem, gdy słyszę
hasło „jeżeli życie daje Ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę”, przed oczami będę
miał Javiera.
Kinga: Wniosek z
tego taki, że nawet będąc wizualnie nietypowym, możesz zrobić karierę. Myślę, że
w tej sytuacji, Javier nigdy nie narzeka na swoją przypadłość. Prawdopodobnie
tak jak Peter Dinklage.
Wspominaliśmy już o osobach pokroju Jima Carrey czy Bena
Stillera, których trudno sobie wyobrazić w innych niż komediowe rolach, a teraz
chcę wspomnieć o aktorce, która grała już przeróżne postaci, ale najlepiej
wypada w przypadku tej jednej. Wyobrażam sobie nawet czasem, że taką osobą jest
na co dzień, co może być jednocześnie komplementem i sporą obelgą.
Jun Ji Hyun czy też Gianna Jun (bo to Amerykanom łatwiej
wymówić) to jedna z niewielu koreańskich aktorek, która swoją wszechstronnością
zdobyła serca nie tylko koreańskich, ale i amerykańskich producentów. Widziałam
ją już chyba w każdej odsłonie – jako wojowniczkę, złodziejkę czy kandydatkę do
zostania gejszą. 
 
Jednak, chcąc nie chcąc, zdecydowana większość
południowokoreańskich aktorów swoją karierę buduje na komediach romantycznych i
tak zwanych dramach. I właśnie przy okazji jednej z nich oglądało mi się Jun Ji
Hyun najlepiej. „You who came from the stars” to pozycja skierowana do osób,
które koreański zamysł na komedie znają i są w stanie wybaczyć wszystkie
absurdy. Gianna gra tutaj płytką, zapatrzoną w siebie aktorkę, przekonaną o
swojej cudowności. I jest przy tym tak szalenie zabawna, że zazdroszczę całej
ekipie, która tworzyła serial, że obserwowali wszystkie zrobione take’i.
Widziałam bardzo dużo koreańskich dramatów, kryminałów, komedii, znam cały
szereg różnych aktorek, ale żadna z nich nie wydaje mi się wystarczająco dobra
do zagrania próżnej gwiazdeczki. Jun Ji Hyun ma to coś, choć sama przy okazji
wywiadów wydaje się być osobą bardzo skromną.
Redaktor Ego: Ostatni wybór stał się dla mnie niepokojąco trudny. Lista
aktorów, którzy zostali idealnie dopasowani do odgrywanych przez nich ról,
zamiast z każdym akapitem się kurczyć, tylko się rozrasta. Gdy napisałaś o
rolach odegranych tak naturalnie, że wydają się odbiciem prawdziwej osobowości
aktora, od razu pomyślałem o Reynoldsie. Robiąc przegląd jego dotychczasowych
ról, nie można mieć wątpliwości, że uwielbia on ciągłe „Śmieszkowa”. Dlatego,
gdy wciela się w Deadpoola, odnoszę wrażenie, że Ryan jest prostu sobą, a aktor
i pyskaty najemnik to tak naprawdę ta sama osoba.

Na koniec miałem straszną ochotę wspomnieć o Charlize
Theron, która odgrywaniu złych i wyrachowanych jest po prostu genialna. Co
udowodniła, wcielając się kolejno w Królową Śniegu, atomową blondynkę oraz
hakerkę bez serca i skrupułów. Chociaż w jej przypadku wystarczy, że uśmiechnie
się do zdjęcia na czerwonym dywanie i iluzja zamrożonego serca rozbija się na
tysiące kawałków. Dzięki czemu można mieć nadzieję, że na co dzień jest o wiele
bardziej sympatyczna, niż odgrywane przez nią postaci.
Zdarza się też tak, że świetny dobór aktora do napisanej
roli nie jest wisienką na przepysznym torcie, a niestety jedynym pozytywnie
wybrzmiewającym elementem. „The Magicians” stacji SyFy jest dość nieudolną
adaptacją książek Grossmana, a dłuższe oglądanie serialu powodowało u mnie
narastający niesmak. Jak losy studentów uniwersytetu dla czarodziejów (już
widzę te niewyraźne miny fanów Harry’ego Pottera) potoczyły się po 2 sezonie,
nie mam pojęcia, nie wytrzymałem. Plusem produkcji był za to dobór aktorów
wcielających się w ciapowatego Quentin, nieśmiałą Alice oraz rozrywkowego
Eliota. Którzy naprawdę solidnie odgrywali książkowe pierwowzory. Dowodem na to
może być przede wszystkim jad sączący się z ust widzów w stronę Quentina.
Zarzucana mu łajzowatość oznacza, że wcielił się w swoją rolę idealnie.
P.S. 4 i ¾. Z okazji jednej z głośniejszych kinowych premier
ostatnich tygodni będzie dodatek klasyczny. Łobuzerski uśmiech, życie
wypełnione ryzykiem oraz ten błysk w oku. Chociaż od młodości zajmował się
kradzieżą, trudnił przemytem i co najważniejsze — to on strzelił pierwszy —
trudno było go nie pokochać. Han Solo dzięki swojemu niezwykłemu urokowi
osobistemu oraz sposobowi bycia wzbudził w fanach Gwiezdnych Wojen więcej
pozytywnych uczuć niż główny bohater Luke (z całą pewnością tak było u mnie).
Teraz po latach powraca w solowym (he he) filmie. W rolę najlepszego pilota w
galaktyce tym razem wciela się jednak Alden Ehrenreich. Chociaż dwoi się i
troi, aby nadać swoim ruchom wdzięk i urok oryginału, wychodzi mu to co
najwyżej na 3 z plusem. Jednak w żadnym przypadku nie podpisuję się pod krytyką
w stosunku do jego gry. To o prostu niesprawiedliwe. Han Solo jest tylko jeden
i jest nim Harrison Ford. Żadne komputerowe i aktorskie sztuczki tego nie
zmienią.

 




Kinga: Dobry aktor może nierzadko uratować zły film. Swoim talentem, ale przede wszystkim adekwatnością. Grać można wszędzie i każdą z postaci. Długo możemy wyliczać aktorów, którzy wszędzie wypadają świetnie – w Polsce też, doskonałym przykładem jest tu Dawid Ogrodnik. Ale równie dużo miejsca w naszej pamięci zajmują  postaci filmowe, których nie wyobrażamy sobie zagranych przez kogoś innego. Kto sprawia wrażenie wręcz urodzonego do tej roli. A nie ma przecież nic lepszego, niż te idealnie odegrane, które potrafią przykryć wszystkie niedoskonałości techniczne czy scenograficzne. Ogromne brawa należą się tu twórcom, bo przecież to oni dobierają aktorów do postaci. A to przecież też trzeba umieć.
 
Redaktor Ego: Przyglądając się naszemu przeglądowi, zaczynam się
zastanawiać, czy „najlepiej obsadzone role” to odpowiedni tytuł. Trzeba by
zastanowić się, czy dobrze rozpisana rola jest ważniejsza niż aktor, który
został w niej obsadzony. Wątpię, aby w scenariuszu do Gwiezdnych Wojen uśmiech
Hana był dokładnie rozpisany lub żeby ktokolwiek udało się wyobrażenie ruchów
Carrey’a, a następnie przelanie tego na papier. Na naszej liście znaleźli się
przede wszystkim aktorzy urodzeni do pewnych ról, którzy swoim warsztatem,
osobowością i interpretacją nadają im charakter i sprawiają, że zapadają nam w
pamięć i trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek byłby w stanie zrobić to lepiej.
Miejmy tylko nadzieję, że niektórzy z nich nie padną w manierę grania tylko
jednego rodzaju roli i nieraz zabłysną jeszcze czymś zupełnie nowym,
udowadniając na jak wiele ich stać.