Uncategorized

Dajmy innym szansę, czyli filmy i seriale spoza USA

 

 
 
Kinga: Gdyby
zapytać randomową osobę na ulicy o 10 filmów, które przychodzą jej do głowy bez
czasu na zastanowienie, okazałoby się, że przynajmniej siedem z nich urodziło
Hollywood. Szeroko pojęte kino amerykańskie wylało się tak bardzo poza swoje
ramy, że zwykły konsument nie łyka dziś praktycznie nic innego.

Nawet jeśli
zdarzy się jakiś film kręcony na Malcie czy w innej Wenezueli, w większości
przypadków produkcja jest amerykańska, bohaterowie posługują się językiem
angielskim, a USA pojawia się na drugim bądź trzecim miejscu w rubryce „kraj
powstania”. W tej całej amerykanizacji szary Kowalski nie tylko pomija rodzimą
twórczość, ale też nie docenia produkcji z innych krajów. Bo przecież nie tylko
Amerykanie robią dobre filmy. Jest ich oczywiście cała masa i nikt nie będzie
tu próbował zdetronizować Stanów z podium współczesnej kinematografii. Niemniej
chcę Cię dzisiaj zaprosić w podróż do innych miejsc na naszej planecie, które
mogą obfitować w dobre filmy. Osobiście lubię się czasem zbuntować przeciw
amerykańskim standardom i dać się ponieść schematom charakterystycznym dla
innego kina. I jestem szalenie ciekawa, jakie produkcje Ty dostrzegasz gdzieś
pomiędzy tą czy inną naroślą Hollywood.
Redaktor Ego: Ze
Stanami może kojarzyć się wiele rzeczy. Statua Wolności, Empire State Building,
Route 66, plaże Miasta Aniołów czy świecąca kolorowymi neonami skryta w sercu
pustyni stolica grzechu. Z tekstami napływającymi do nas w ilościach hurtowych
z kraju Michela Jacksona i Eminema kojarzyć mogą się znane twarze i dość wysoka
jakość (w końcu już dawno utarło się, że jeżeli coś przychodzi z Zachodu, jest
lepsze). Nie ma się co dziwić, jeżeli weźmiemy pod uwagę ogromne kwoty, jakie
kręcą się wokół kolejnych produkcji. Efekty specjalne również z roku na rok
robią coraz większe wrażenie, a zerkając wstecz na tytuły sprzed nawet dwóch
czy trzech lat, ciężko uwierzyć, że można było się zachwycać czymś tak
niedoskonałym. Na szczęście to nie ilość zer przy kwocie produkcji decyduje o
sukcesie filmu. Wszelkie metafizyczne i naturalne siły powinny natomiast
chronić nas przed dniem, kiedy to komputerowe efekty będą najważniejszym
wyznacznikiem jakości. Niestety takie czasy chyba się już zbliżają. Zanim
jednak zacznę mam dla Ciebie mały teścik.
Kinga: Ok, dawaj.
Redaktor Ego: Knock,
knock!
Kinga: Who’s there?
Redaktor Ego: Doctor.
Kinga: Doctor
Who?
Redaktor Ego: Correct!
Jesteś w stanie wyobrazić sobie oglądanie dorosłego faceta kręcącego
plastikowymi przedmiotami przymocowanymi do tekturowej konstrukcji, uganiającego
się za gumowymi potworami, ze świecącym długopisem jako jedyną bronią? Uwierz
mi, że wygląda to równie komicznie jak brzmi. Moje pierwsze spotkanie z
brytyjskim humorem było pełne obaw, czy aby na pewno nie zawędrowałem do
niewłaściwej dzielnicy w internecie. Inwazje pierdzących kosmitów, odessany
tłuszcz zamieniający się w sympatycznego bloba, śmiertelny wróg poruszający się
wielkim odkurzaczu czy statek kosmiczny zawierający portal do XVIII wiecznej
Francji. To tylko część niezwykłych i pokręconych fabularnych pomysłów, jakie
można zobaczyć w jednym z najstarszych i najdłużej emitowanych seriali sci-fi w
historii. Doctor Who jest kiczowaty, tandetny, a momentami przygłupi. To co na
amerykańskim rynku mogłoby oznaczać porażkę, stanowi siłę „Doktora Who”. W
charakterystycznym humorze i nietypowych pomysłach kryje się  niezwykły czar i urok. Wystarczy się przełamać
i polubić niespotykany w Stanach brytyjski kanon piękna, a biegający pośród
tego wszystkiego uśmiechnięty, komiczny i ekscentryczny kosmita o dziecięcej
ciekawości i usposobieniu, może dostarczyć mnóstwa doskonałej zabawy i stać się
naprawdę świetnym przyjacielem.
Kinga: Brytyjski
humor to temat bardzo mi daleki, niemniej wrócę do niego jeszcze potem. Teraz,
na samym początku, patrząc na moje zestawienie, muszę Cie trochę przygotować
psychicznie na tę dziwną mieszankę, bo okazuje się, że najlepsze dla mnie jest
kino niemieckie, polskie i koreańskie. Wiem, co sądzisz na temat każdej z tych
filmowych kultur, dlatego usiądź wygodnie i znajdź sobie coś, co być może
odwróci Twoją uwagę.
Ja tymczasem rozpocznę od produkcji niemieckiej, o której
nie spodziewałam się, że może mi się w jakikolwiek sposób spodobać. Opowieści o
hakerach internetowych wydają mi się równie nudne, co gala KSW. Ale podczas
oglądania „Who I Am. Kein System ist sicher” na szczęście byłam pozytywnie
zaskoczona. Główny bohater, Benjamin, to komputerowy geniusz, który marzy o
wykorzystaniu swoich zdolności jako superbohater, ale zamiast tego zostaje
zwerbowany do grupy hakerów. Ci z kolei marzą o wielkiej sławie, w związku z
czym chętnie angażują się społecznie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Twórcy tego
filmu nawet jakoś specjalnie nie ukrywają swojej inspiracji grupą Annonymous, o
której swego czasu było bardzo głośno. Film nazwałabym trochę thrillerem,
trochę kryminałem, z wisienką w postaci solidnego mindfucka. Ilość plot twistów
może trochę zmęczyć widza, ale bez nich przekaz nie byłby tak emocjonujący. Do
tego film miał być hołdem dla „Fight Club”, wykorzystując podobne ujęcia i
montaż (i drobny fightclubowy easter egg), aby nadać taki sam klimat. I chyba
się to ekipie udało, jeśli przekonali do siebie kogoś, kto ani za jedną, ani
drugą tematyką nie przepada.
Redaktor Ego: Niemieckie
klimaty bardzo mi odpowiadają. Chociaż język mimo wielu lat nauki i usilnych
prób zrozumienia go pozostał dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Skojarzenia,
jakie wywołuje nasz zachodni sąsiad, wynikają z całą pewnością w dużej mierze z
utrwalanego przez amerykańskie produkcje stereotypu. Jeżeli na ekranach ma
pojawić się Rosjanin, to jest on zimny, nieprzyjemny i ma powiązania z KBG,
Niemcy są po prostu źli i smutni, bo tak już zapisali się w historii, Włosi
mają skłonności do całowania sygnetu ojca chrzestnego, a Japończycy w swoich
świetnie skrojonych garniturach zajmują się narkotykami. Dziwnym zbiegiem
okoliczności sposób przedstawiania pewnych narodowości ściśle powiązany jest z
podziałem na grupy w czasie II wojny światowej.
Wszelkie stereotypy i negatywne skojarzenia można przekuć w
swój atut. Myślę, że takim właśnie przeświadczeniem kierowali się producenci
Dark. Niemiecki serial na pierwszy rzut oka wydaje się enerdowską podróbką
Stranger Things opakowaną w szary papier prezentowy. Swoim przejmującym
klimatem i aparycją ciężkiego dreszczowca robi jednak oszałamiające wrażenie.
Mroczna historia, niewyjaśnione sprawy, ciągnące się za bohaterami niewygodne
tajemnice i duszna atmosfera niemieckiego wygwizdowa, w którym łatwiej o
znalezienie niewypału niż automatu do gier, wciąga każdego cierpiącego na
niedobór klimatycznych produkcji. Aktorzy, wcielając się w takich
okolicznościach w swoje postaci, robią dokładnie to, czego po filmowych
Niemcach można by się spodziewać — są smutni, przybici, nieprzyjemni i szorstcy
— widzom zaś trudno zapałać do nich sympatią. Jeżeli ktoś woli cukierkową
atmosferę, powinien natychmiast wrócić do Hawkins. Dark jest bowiem świętym
wyborem dla wszystkich pragnących o wiele bardziej przytłaczającej okolicy.
Kinga: Oba te
seriale wydaje się łączyć pewien schemat – małe miasteczko, tajemnicze
zaginięcia i skomplikowane relacje między bohaterami. I choć Stranger Things
jest, jak sam zauważyłeś, mniej mroczne, nie można im odmówić odrobiny
podobieństwa.
Chociaż schematyczność to domena wielu gatunków filmowych,
to horrory i filmy grozy w tej kwestii od lat wyprzedzają całą resztę. Wyobraź
sobie piętrowy dom na odludziu, z dala od jakiejkolwiek formy pomocy. Dom, w
którym zaczynają się dziać rzeczy trudne do logicznego wytłumaczenia, a główne
role należą do dzieci. Brzmi znajomo? Powinno, bo jest przynajmniej kilka
pasujących do tego opisu filmów. Ale akurat „Ich seh, ich seh” jest odrobinę
mniej typowy, zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie.
Kiedy matka dwóch bliźniaków wraca do domu po serii operacji
plastycznych, cała zabandażowana, bracia zaczynają podejrzewać, że to nie ta
sama osoba, która zostawiła ich samych kilka tygodni wcześniej. Zaczynają więc
prowadzić własne śledztwo (na własnych zasadach), z którego wynikają z jednej
strony przewidywalne, z drugiej zaskakujące wnioski. Próżno szukać tu duchów
czy upiorów z szafy, ale napięcie i mindfuckowe zakończenie gwarantują poczucie
niepokoju do ostatniej minuty, a i na napisach końcowych można poczuć, że dreszczyk
emocji jeszcze nas nie opuścił. To kolejny z tych filmów, w którym przez
godzinę po prostu obserwujesz i nijak nie wiesz, kto ma rację. Ten austriacki
twór polecam każdemu, a w przypadku awersji do języka niemieckiego i wszystkich
jego odmian – z pomocą przychodzi lektor, który skutecznie go zagłusza.
Redaktor Ego: Muszę
przyznać, że zdania wypowiedziane w twardym i szorstkim języku niemieckim,
niezależnie od treści, brzmią zupełnie jak rozkaz (i wcale nie jest to rozkaz
głaskania szczeniaczków). Zagłuszanie go lektorem obdarzonym nawet
najsprawniejszym i najgłębszym głosem, odbiera horrorom i dreszczowcom wiele z
ich klimatu. Dlatego przełamuj przyzwyczajenia i viel Spaß.
Teraz proponuję przenieść się geograficznie jeszcze trochę
bliżej, czyli już na nasze własne podwórko. Jeżeli chodzi o polskie produkcje,
to w ogromnej mierze pałam do nich miłością równie gorącą co wybrzeża
Grenlandii w środku zimy. W pochodzie mojej niechęci do rodzimych filmów na
czele zauważyć można silną reprezentację współczesnych tytułów. Pojedyncze
szanse dane od czasu do czasu rodakom zaś utwierdzają mnie, że o wiele
przyjemniej będzie mi w mojej chaotycznie urządzonej strefie komfortu.
Oczywiście nie można zapomnieć, że przecież dawniej było lepiej… i tutaj moje
zdanie na tle rówieśników też się wyróżnia. Gdy dla większości moich kolegów
klasyką polskiego kina są wszelkiego rodzaju Killery, Psy, niepłaczące chłopaki
i inne Dni świra (czytaj: im więcej Linda lub Pazura klnie, tym lepiej, a im
więcej bezsensownych tekstów może zapamiętać i potem powtarzać przy każdej
okazji to jeszcze lepiej), ja, jak mawia mój tata, chyba w tym czasie urwałem
się z innej choinki.
Jeżeli w tym momencie spodziewałaś się po mnie aktu
niezwykłej młodzieńczej dojrzałości, muszę Cię niestety rozczarować. W
dzieciństwie film ten oglądałem z wypiekami na twarzy i ze sporą dawką
adrenaliny, nie ze względu na fabułę, postaci czy świetne dialogi (no może
dialogi w tym czasie też doceniałem). Najważniejsza dla nieletniego i dopiero
dojrzewającego mnie, była możliwość całkiem legalnego (i z niejakim
przyzwoleniem rodziców) zobaczenia… „Gołej baby w windzie”. Dopiero po latach
zdałem sobie sprawę, że na niesamowitość „Seksmisji” składa się świetny duet
Stuhr i Łukaszewicz, niezwykle trafny humor i błyskotliwa historia. Czy w dobie
feminizmu i poprawności politycznej film komediowy o społeczności rządzonej i
składającej się jedyni z kobiet miałby w ogóle szanse bytu? Nad tym nie muszę
się zastanawiać, bo do produkcji Machulskiego mogę wracać w każdej chwili i
nadal świetnie się bawić. W końcu to jeden z najlepszych filmów
postapokaliptycznych… a z tego zdałem sobie sprawę, gdy doszedłem do wniosku,
że marzenia o windzie, w jakiej przebywali Maks i Albert nie są już akceptowalne
społecznie.
Kinga: Przyznam, że
jestem zaskoczona, że w Twoim zestawieniu znalazł się jakikolwiek twór z naszej
własnej piaskownicy. Doskonale wiem,
że dzisiaj ludzie czują absurdalny wstręt do polskiej twórczości tylko dlatego,
że jest polska. Jeśli się spojrzy na filmy, które stoją na kasowym podium
(czyli wszelkie Pitbulle na przykład), można mieć wrażenie, że gdzieś się
twórcy pogubili, ale nie możemy zapomnieć, że poza oczywiście starym polskim
kinem, istnieje także pewna nisza filmów dobrych obecnie. Wspomnienie
„Seksmisji” przywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy, choć mnie jako dziecko
bardziej niż baba w windzie cieszyło przyzwolenie rodziców na słuchanie, jakie
hasło do windy ustawiła Jej Ekscelencja. Konsekwentnie będę bronić teorii, że
rodzima twórczość może być warta uwagi, dlatego teraz chcę wyróżnić naprawdę
dobry film, który warto obejrzeć pomimo ewentualnej odrazy. Serio, puśćcie
sobie to z angielskim dubbingiem, jeśli chcecie, ale warto.
O tym, że lubię filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach lub
opowiadające o znanych osobistościach, wszyscy od dawna wiedzą. „Jestem
mordercą” to historia „wampira z Zagłębia”, który w latach 70 narobił na Śląsku
całkiem sporego hałasu, zabijając kilkanaście kobiet, a kilka usiłując. Sprawa
była głośna i znana, a sam proces trwał ponad dwa lata, w ciągu których
przewinęło się naprawdę sporo podejrzanych. Film opowiada głównie o milicjancie
Januszu Jasińskim, który sprawą wampira ma się zająć, ale jak dla mnie na
pierwszy plan wychodzi rola oskarżonego, w którego wciela się genialny Arkadiusz
Jakubik. Dzięki niemu znów do samego końca możemy się zastanawiać, czy to
faktycznie on (bo przecież do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę był winny). Do
tego film wykłada na tacę wszystkie wady ówczesnej władzy, która gotowa była
posłać na stryczek kogokolwiek, byleby postawić siebie w bohaterskim świetle
nieustraszonej milicji obywatelskiej, co oczywiście fabularnie jest na plus.
Nie mogę też pominąć niesamowitego klimatu lat 70, mahoniowych meblościanek w
pokojach, fiata 126p, długich beżowych prochowców i monstery rosnącej gdzieś
pod ścianą.
Redaktor Ego: Po
krótkiej wizycie w naszym kraju czas wyruszyć dalej. Gdy za oknem z nieba leje
się potworny żar, powietrze ani myśli się ruszać, a jakikolwiek deszcz zdąży
wyparować, zanim jeszcze na dobre wyląduje na ziemi, jedynym marzeniem jest
wybrać się do miejsca pokrytego ogromną warstwą śniegu. Oczami wyobraźni udaję
się wtedy do skandynawskich krajów, gdzie lasy i zbocza gór otulone są
nieskalanie czystym białym puchem. Po mojej wyprawie niemal 900 km w głąb
Norwegii okazało się, że wbrew wszelkim pozorom ludzie wiedzą, czym jest tam
upalne lato, a farmy pełne malin i truskawek to coś zupełnie normalnego. Trudno
jednak wyobrazić sobie historię osadzoną w kraju wikingów pozbawioną śnieżnych
krajobrazów. Dlatego zakrzyknijmy — hej przygodo, dajmy się ponieść
stereotypom.
Grupa studentów wyjeżdżająca do domku w górach to w świecie
kina nic nadzwyczajnego. Co wydarzy się później łatwo przewidzieć. Pewne jest,
że skład liczbowy uczestników wyprawy ulegnie poważnemu uszczupleniu, a jedyne,
o co warto się w takim momencie zakładać ze znajomymi to kolejność i
spektakularność kolejnych zgonów. Z niewiadomych powodów po norweskim „Dead
Snow” spodziewałem się jakiegoś głębokiego i przejmującego klimatu oraz
niewłaściwych na pewnym poziomie obrazków. Chociaż już sam motyw przewodni
filmu sugerował pewien dystans twórców, to muszę przyznać, że po Norwegach nie
spodziewałem się takiego poczucia humoru. Film zaczyna się niczym rasowy horror
w stylu amerykańskim. Bohaterowie giną jeden po drugim, a za wszystkim stoi
oddział… nazistowskich zombie. Zakopani w śniegu nieumarli to z całą
pewnością ci, który nie udało się załatwić ciepłej posadki w księżycowej bazie
z „Iron Sky”. Odziani w mundury SS wcale nie powodują salw śmiechu (szczególnie
Ørjan Gamst jako Herzog wygląda mało sympatycznie i naprawdę poważnie).
Wszystko się zmienia, gdy bohaterowie postanawiają stanąć do walki na śmierć i…
chyba życie . W tym momencie film, niczym śnieżna kula zrzucona ze zbocza, zaczyna
pędzić po równi pochyłej, zamieniając się z horroru w czarną komedię pełną
absurdalnego humoru. Chciałabyś zobaczyć, jak wygląda student, który wykonał
skon na bungee za pomocą własnych jelit? Amerykanom coś takiego wyjść po prostu
nie mogło, jedynie fakt, że stali za tym Norwegowie sprawił, że „Zombie SS”
można potraktować jak kawał naprawdę przaśnego, sympatycznego i zabawnego i nie
do końca głupiego kina.
Kinga: Film,
który nazywa się „Zombie SS” brzmi już z założenia jak dobry żart z nazizmu. Naprawdę
podziwiam Norwegów, że coś takiego udało im się wymyśleć. Nie mogę się jednak
oprzeć wrażeniu, że zrobiliśmy wspólnie z tego zestawienia jakiś proniemiecki
kinowy manifest. Żeby Cię za bardzo nie zgermanizować, teraz zabiorę Cię
(możesz zacząć udawać zaskoczenie) do Korei Południowej, w której zostawiłam
kawał swojego serca. Chociaż trzeba przyznać – do ich kultury i specyfiki
robienia filmów trzeba się przyzwyczaić. Albo nie oglądać.
Korea specjalizuje się w
dwóch gatunkach – w komediach romantycznych i kinie akcji. Ten drugi, we
współpracy z komedią, jest równie popularny i intratny co mydelniczki o
nieskończonej miłości. I właśnie takie połączenie wydało na świat „Kwik”
(czytane jak angielskie „quick”). Grupa przyjaciół tworzy coś w rodzaju motocyklowego
gangu, ale już w momencie rozpoczęcia filmu grupa się rozpada i każdy idzie
swoją drogą. Jeden z bohaterów pracuje teraz jako swego rodzaju kurier, jego
koleżanka zaś została idolem nastolatek. Ich drogi się krzyżują, kiedy ktoś
postanawia wykorzystać dziewczynę jako żywą tykającą bombę, a chłopaka jako
dostawcę czarnych interesów. Nie może sprzeciwić się zleceniodawcom, bo wtedy
dziewczyna po prostu wybuchnie. I to bynajmniej nie ze złości. Film jest pełen
akcji, ale przeplatany solidną dawką płytkiego koreańskiego humoru (który jest
jak wspomniany wcześniej przez Ciebie brytyjski – albo go rozumiesz, albo nigdy
Cie nie rozbawi). Żarty o ślizganiu się na skórce od banana i wywracaniu na
siebie tacki z jedzeniem z jakiegoś powodu bawią Koreańczyków do łez, a
produkowane przez nich komedie z jakiegoś powodu bawią mnie. A i jeśli chodzi o
obsadę – jest na co popatrzeć. Koreańczycy rocznie wypuszczają masę filmów z
gatunku kina akcji i każdy z nich jest tak samo dobry, „Kwik” dodatkowo jest
bardzo dopracowany technicznie, może pochwalić się wyrazistymi (może aż nadto)
kolorami, a z samej fabuły twórcy nie zrobili typowego amerykańskiego
blockbustera  z Liamem Neesonem, ale
spryskali ją odrobiną azjatyckiej nonszalancji.
Redaktor Ego: Ja
z całą pewnością nie udam się w aż tak odległą i egzotyczną podróż, chociaż
chodziło mi to po głowie. Długo zastanawiałem się jaki tytuł wybrać na koniec.
Ostatecznie padło na film, którego nawet nie lubię, a samo oglądanie nie
sprawiło mi najmniejszej nawet przyjemności. Jednak w ramach pracy nad własnym
warsztatem postanowiłem znaleźć w nim jak najwięcej dobrego, a może znajdzie
się ktoś bardziej przychylny i z większą ochotą na tak podane… Mięso.
Wszystko zaczęło się od niezwykle obiecującej kampanii
reklamowej. Do biletów w trakcie premiery dołączano foliowe torebki,
zapowiadając, że filmowy debiut Julii Ducournau będzie najbardziej obrzydliwym
filmem w historii. W tym momencie po raz kolejny wychodzi na jaw, jak bardzo
francuskie kanony i gusta są odmienne i nietypowe. „Mięso” do naprawdę
obrzydliwych i krwawych amerykańskich filmów nawet się nie umywa. Widać nad
Sekwaną nigdy nie słyszeli o „Evil Dead”.
Główną bohaterką jest młoda wegetarianka rozpoczynająca
studia. Nowy etap życia stawia przed nią wiele wyzwań i zagrożeń. Justine
powoli zaczyna odkrywać samą siebie, swoje ciało, seksualność i własne miejsce
w świecie. Męczarnie dziewczyny rozpoczynają się w momencie, będącym prawdziwym
koszmarem dla każdej miłośniczki zwierzątek. Jest ona zmuszona do spróbowania
surowego mięsa. Złamanie wpajanego od dzieciństwa systemu wartości niesie za
sobą okropne konsekwencje. Justine polubiła pełnokrwiste przysmaki na tyle, że
rozpoczęły się w niej budzić kanibalistyczne skłonności. Główna bohaterka na
zmianę dojrzewa i podgryza znajomych, niewiele robiąc sobie z nowej nietypowej
sytuacji. „Mięso”  wypełnione jest masą
świetnych zdjęć i ujęć, są one jednak częścią składową mnóstwa scen absolutnie
nic niewnoszących i pozbawionych sensu. Pozostawiają one sympatykom dopisywania
znaczeń ogromne pole do popisu, przeciętnemu widzowi muszę wystarczyć pytania w
stylu „co to w ogóle miało znaczyć”.
Oczywiście to nie tak, że nic mnie we francuskiej produkcji
nie przestraszyło. Największym horrorem w oglądaniu „Mięsa” nie były ani krwawe
sceny, ani obrzydliwe ujęcia, a to, w jaki sposób reżyserka przedstawiła
francuską młodzież. Zepsuta, zdziczała, wulgarna do granic możliwości i
wyzwolona. Może to Ducournau poniosło, a może po prostu to najwyższa pora, abym
zapisał się do Klubu „Kiedyś To Było Lepiej”, bo młodych ludzi już chyba nie
jestem w stanie zrozumieć.
Kinga: Francja
nigdy niczym mnie do siebie nie przekonała i pewnie nigdy tego nie zrobi. Ich
język brzmi jakby wręcz wypluwali słowa, co skutecznie blokuje mnie przed
oglądaniem ich twórczości. Pozwól, że płynnie zmienię temat, pozostając jednak
w bardziej mrocznych klimatach. Brakuje
w tym zestawieniu jeszcze gorącej Hiszpanii, która mi niestety kojarzy się
(jeśli chodzi o kino) głównie z „[Rec]”, który nie jest aż tak dobry, żeby
doceniać go publicznie. Dlatego zrobiłam pełen research i trafiłam na
„Contratiempo”. Jest to bardzo innowacyjne spojrzenie na gatunek, jakim jest
thriller, choć ja bym dodała tu jeszcze szczyptę kryminału.
Seria bardzo niefortunnych dla głównego bohatera zbiegów
okoliczności prowadzi go na bardzo długą wyprawę przez wszystkie kodeksy
prawne. Zostaje oskarżony o morderstwo, do którego się nie przyznaje, ale nie
może udowodnić swojej niewinności, bo wtedy na światło dzienne wyszedłby inny
jego niekoniecznie zgodny z prawem czyn. Schemat jest tu podobny jak w
„Lofcie”, o którym pisałam niedawno – film rozpoczyna się od śmierci, aby przez
cały czas trwania prowadzić widza do rozwiązania zagadki. Czy to spisek wrogów
głównego bohatera, błąd w Matrixie czy choroba psychiczna – nie wiemy do samego
końca. Adrian zatrudnia prawniczkę o bardzo dobrej renomie, aby pomogła mu
wyjść z tego impasu, nie tracąc zawodowych osiągnięć businessmana. Kobieta natomiast
wprowadza do filmu tyle plot twistów, że w pewnym momencie widz gubi się w
zeznaniach razem z bohaterem i sam może zacząć się zastanawiać nad swoją
psychiczną kondycją. W filmie zastosowano swego rodzaju dwuwątkowość –
jednocześnie słyszymy zeznania Adriana, spekulacje pani adwokat i widzimy
przebieg tych samych zdarzeń widzianych oczami strony A, strony B, świadka C i
bohatera D. Zakończenie jest wyjątkowo zaskakujące, bo spośród wielu, które
rozważałam, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Film polecam obejrzeć każdemu,
kto lubi nie wiedzieć o co chodzi do końca albo i nawet po napisach końcowych,
tylko błagam – nie zastanawiajcie się nad niczym zbyt długo. Wszystko może
okazać się zarówno prawdą, jak i mistyfikacją.
Redaktor Ego: Z
łatwością można zaobserwować, że kultura ulega ciągłej standaryzacji. Jeżeli
uda się stworzyć produkt zdatny do polubienia przez wszystkich odniesie on o
wiele większy sukces. W świadomości odbiorców już dawno wykształciło się
przeświadczenie, że wszystkie produkcje przybywające do nas zza oceanu są
lepsze. Przywykliśmy do pewnego poziomu reprezentowanego przez teksty ze
Stanów, ich kanonów piękną i stylu opowiadania historii. Jakakolwiek odmienność
czy to regionalna, czy subkulturowa, jeżeli zaczyna prezentować się wystarczająco
ciekawie, zostaje pożarta przez amerykańskiego „potwora”. Kolorowa i różnorodna
Afryka staje się Czarną Panterą, a wyraz buntu w formie hip-hopu czy punku
zamienia się w dochodowy muzyczny interes. Imperium Myszki Miki i amerykański
sen rosną w siłę, a nam coraz łatwiej znaleźć smaczki odpowiadające naszym
gustom. Wszystko rysowane zostaje jednak podobnymi barwami. Gdy przyjdzie nam
trafić na produkcje zupełnie w innym klimacie, nowe wrażenia wyłamują się ze
znanego nam schematu i niejednokrotnie wywołują odczucia zbliżone do
dyskomfortu.
Niestety zdałem sobie sprawę, że niewiele znam takich
tytułów (obiecuję solennie poprawę), lecz wszystkie, na które udało mi się
trafić, zapadły mi naprawdę mocno w pamięć.