Gruz i paprotki

Człowiek, jak już zaczyna być chory, to na wszystko. A to z tej strony coś nie tak, a to z tamtej. Albo jeszcze innej. Jedno wywołuje drugie. Turla się więc taki od gabinetu do gabinetu, a wyniki badań zaczyna recytować z pamięci, obudzony o 3 nad ranem. Jestem jednym z takich tułaczy.

Wchodząc do gabinetu, od razu w progu drobna blondynka w białym kitlu rzuca mi pytanie „co pani dolega”. Też bym, pani doktor, chciała wiedzieć.

Po wypluciu na blat stołu wszystkich dolegliwości, biorę głęboki wdech i czekam na wyrok. Miła pani doktor patrzy na mnie, potem klepie coś na klawiaturze i najwidoczniej umyka jej uwadze to, że zegarek spada mi z nadgarstka, bo pyta, czy stosowałam kiedyś jakąś dietę. Tak, dwa razy w tygodniu jestem na pizzo-ciperkowej, raz na jakiś czas na jem-co-mi-do-ryja-wpadnie, a ponadto od wielu lat stosuję naprzemiennie dietę imienia pszennych bułeczek i doktora Kortyzolu. – Czy ma pani jakieś nietolerancje pokarmowe?–  Czy ma pani kłopoty ze wstawaniem rano? Pani doktor, mam kłopoty ze wstaniem o każdej porze dnia, a na kawę najchętniej wzięłabym kredyt hipoteczny i dymała dwa razy dziennie do Starbucksa, żeby nie cierpieć po mleku. A i od ciast na żytniej mące i zapiekanek z żytnim makaronem trzymam się z dala. Wobec tego pani doktor wpycha mi do gardła kartkę z wypisaną moją najbliższą przyszłością. Głodówka i bankructwo ukryte są pod roboczym hasłem „inni pacjenci bardzo sobie to chwalą”. Chwilę analizuję produkty dozwolone i zabronione i szybko dochodzę do wniosku, że jedyne, co mogę jeść bez obaw o złe samopoczucie to gruz i paprotki. I co najgorsze – jakiś czas temu pisałam o tym, że nie wyobrażam sobie życia bez pszennych bułeczek. No to teraz będę musiała. Bez makaronu też. A tego to już nie zniesie mój K. Jeśli kiedyś się rozwiedziemy, jako powód wpiszemy w podaniu w miejscu powodu rozstania „niewystarczająca ilość glutenu w związku”. Nie polemizuję, bo to już któryś lekarz w moim życiu, który radzi mi coś ograniczyć lub wyeliminować. Więc to nie może być tak do końca medyczna fanaberia i chęć skrzywdzenia mnie z okazji wakacji. I chyba naprawdę pora pożegnać się z serniczkami i Ikełki. Mleko migdałowe, mąka z siemienia lnianego, olej tłoczony na zimno z wieloryba i suszone wnętrzności małego dziecka. Już mnie boli portfel. Zerkam jeszcze na szybko na rubrykę z białkiem. Mogę pomachać na do widzenia ciecierzycy i fasoli, które z uporem maniaka ubierałam w koszulkę kotletów. Innym warzywom strączkowym też. Mogę za to jeść mięso, ryby (co na jedno wychodzi, pamiętajmy o tym), jajka i tofu. Z tego całego zestawu jem tylko jedną rzecz, więc pozostaje mi dieta jajczana i śmierć z okazji Dnia Miażdżycy. Albo będę musiała schować sobie ideologię w buty. A na to nie pozwoli mi moja buta. Gruz i paprotki. I jeszcze tabletki – te brać pół godziny przed śniadaniem, te 10 minut przed śniadaniem, te po pierwszym ugryzieniu, te popijać wodą, tamte herbatą, a te niebieskie spirytusem. Te brać w poniedziałki, te we wtorki, te niebieskie co drugi czwartek, a te małe białe pod język w każdy piątek wieczorem. Chyba sobie kupię pudełeczko, takie z wydzielonymi dniami tygodnia. Czekają mnie mistrzostwa świata z pizzą na mleku migdałowym, posypaną żółtym serem i kukurydzą. I kredyt hipoteczny na mleko migdałowe. I ziemniaki. Ziemniak nie pyta, ziemniak rozumie. Zabrano mi cebulę, ale ziemniaczanej polskości nikt mi nie odbierze! I może nauczę się jakichś nowych smaków. Na przykład zamiast śmietany będę do zupy dodawać majonezu. Albo mleko migdałowe. Dobrze, że to tylko kilka tygodni. Potem wsadzę sobie do japy WSZYSTKO. Kosztem każdego bólu.