Mamo, czy mogę spać przy zapalonym świetle, czyli niepokojące filmy, które zapadły nam w pamięć.

 

 
 
Kinga: Czas
wolny, który spędzamy na oglądaniu filmów czy czytaniu książek, albo dostarcza
nam rozrywki, relaksu, albo zmusza do takiej czy innej refleksji. Każdy w
popkulturze szuka czegoś innego i każdy inaczej na jej elementy reaguje. Jedni
uwielbiają dramaty, inni biografie (co często na jedno wychodzi), jeszcze inni
horrory i komedie (co niestety zazwyczaj też).

Ale ile razy było tak, że
komedia wzruszyła nas do łez wcale nie ze śmiechu, melodramat okazał się jeżyć
wszystkie włosy na ciele, a horror niebezpiecznie zmienił się w historię o
trudach dorastania. Bardzo często dzieje się tak, że film czy książka nie musi
być zaklasyfikowana jako horror czy dreszczowiec, żeby wzbudzić w nas niepokój
i spowodował, że noc jest jakaś straszniejsza, a gałęzie za oknem przybierają
demoniczne kształty. I dzisiaj chciałabym poznać te elementy popkultury, które
w ten czy inny sposób zbudowały wokół siebie napięcie, które być może nie
pozwoliło Ci spokojnie zasnąć.
Redaktor Ego: Zdecydowanie
najczęściej sięgamy po książkę czy film, aby się zrelaksować, odprężyć lub
odsunąć od siebie na trochę wszystkie codzienne problemy. Rzadko kiedy
pierwszym wyborem są tytuły, które klimatem wyrywają nas ze strefy komfortu.
Przyjemności szukać zaś można w różnych źródłach.
Ja na przykład lubię od czasu do czasu obejrzeć wieczorem
horror…albo trzy. Wydawać by się mogło, że powinny wywoływać u mnie przede
wszystkim strach, obawę czy napięcie. Raz szaleniec przemknie w tle z siekierą
w ręku, czasem ktoś stanie na głowie wykonując mostek, a innym razem
sympatyczna dziewczynka, z nadwyraz elastycznym stawem żuchwowym, przebiegnie
po suficie, śmiejąc się złowieszczo. Może ze mną jest coś nie tak, ale niemal w
każdym przypadku dzięki nowym horror mogę się naprawdę szczerze pośmiać.
Naprawdę zdrowo, tak od serca, podziwiając kolejne absurdy i komiczne sytuacje
(a może to moje zdrowie psychiczne szwankuje, skoro bawi mnie biegający z piłą
mechaniczną maniak).
Czasem natrafić możemy na filmy, które wywołują nieprzyjemny
podskórny niepokój. Paraliżują, odpychają, napawają wstrętem. Nie robią tego
nawet za sprawą krwawe sceny, ale klimatu, pewnym zdarzeń, okoliczności
wywołujących niestrawność, dyskomfort i ciarki. My zaś mamy ochotę gdzieś się
schować i cieszyć się poczuciem bezpieczeństwa we własnym domu. Nieznanym
sposobem przebijają się one przez naszą świadomość, że to tylko fikcja i
skutecznie uderzają w ukryte w lęki. Skoro dziś będziemy pisali o właśnie
takich filmach, postanowiłem odbyć przygnębiającą, nieprzyjemną i wołającą o
konsultację psychiatryczną podróż do czasów młodości. Kiedy to kilka wyjątkowo
nieprzyjemnych motywów bardzo dotkliwie poturbowało moje młodzieńcze poczucie
bezpieczeństwa.
Kinga: Filmy
grozy można śmiało podzielić ze względu na występujące w nich złowrogie siły.
Widzieliśmy już duchy bez fizycznej postaci, trupioblade upiory z szafy,
nawiedzone dzieci, opętane dziewice, dotknięte klątwą elementy garderoby (jest
taki film, o przeklętych butach, widziałam go, jest koszmarny), a także
zwykłych szarych psychopatów. Choć filmy o bytach niematerialnych czy tych,
które dawno powinny być martwe, a z jakiegoś powodu spacerują nocami po domu,
nie przerażają mnie aż tak, jak te o zwykłych ludziach, którzy nagle
postanowili biegać po ulicy z piłą mechaniczną lub uwzięli się na grupę ludzi
tak bez powodu. Boję się ich bardziej, bo są najbardziej prawdopodobni. Jednak
jest pewien film, który uświadomił mi, że jest jedna rzecz, która skutecznie
uniemożliwiła mi zaśnięcie w nocy. Jest to pewien motyw, którego teraz nie
zdradzę, bo byłby to solidny spoiler.
„Harry Angel” to przede wszystkim jeden z tych zawiłych
filmów, w którym do samego końca możesz się jedynie domyślać, o co chodzi. Oprócz
tego jest to film grozy. Napięcie buduje się tu od samego początku i pod koniec
jest już tak wysokie, że niemal gotowe runąć na ziemię wraz z moim poczuciem
bezpieczeństwa.
Bardzo trudno zarysować mi fabułę bez spoilerowania, bo to jeden z tych filmów,
które klarują się wraz z zakończeniem. Tytułowy Harry pracuje jako prywatny
detektyw, który przyjmuje zlecenie odnalezienia muzyka, Johnny’ego Favorite. Tu
historia się zaczyna i od tej chwili muszę milczeć.
Absolutnie wszystko w tym filmie napawa mnie niepokojem.
Muzyka stawia mi włosy na rękach, jej brak powoduje dzwonienie w uszach, a i
cała historia pełna jest budujących napięcie niedopowiedzeń i quasi-straszaków,
które pomimo że nie są szalenie profesjonalne (film powstał w latach 80, więc i
tak jest nieźle), powodują, że na kilka sekund muszę spojrzeć gdzieś poza
ekran. Wszystkie elementy mają widza przestraszyć, wywołać w nim obawę o
zdrowie psychiczne. Po obejrzeniu tego filmu z niepokojem patrzę nawet na
wentylator przemysłowy na budynkach. Dobrze, że już takich raczej nie robią.
Redaktor Ego: Skoro
zaczynamy od filmów z rodzaju „właściwie to nie wiem, o co tu właściwie chodzi”,
mam coś i na taką okazję. Jednym z najbardziej męczących i stresujących motywów
jest bohater uwięziony w fabularnej pułapce. Wędruje po spirali niepowodzeń, z
każdym kolejnym okrążeniem zdając sobie coraz dobitniej sprawę ze swojej
beznadziejnej sytuacji. Oczywiście takiej bez wyjścia. Widz męczy się jeszcze
bardziej, bo nieraz ma wątpliwą przyjemność połapania się we wszystkim
odpowiednio wcześniej. Zdarza się i tak, że zgromadzeni przed ekranami wiemy
niewiele więcej niż główny bohater. Oszaleć wręcz można, gdy na wzór „Dnia
Świstaka”, w decydującym momencie bohater sięga w kierunku klamki, otwiera
drzwi, a po drugiej stronie zamiast szczęśliwego finału nieznana siła wciska
wielki czerwony klawisz „Repeat”. Dobry kwadrans pociliśmy się z naszym
bohaterem, trzymając z niego kciuki i wbijając paznokcie w oparcia fotela, a tu
nagle okazuje się, że tajemnicza siła sprawcza przenosi bohatera na początek
koszmarnego toru przeszkód, subtelnie dając do zrozumienia, że pierwsze
dziesięć powtórzeń będzie nieprzyjemna, ale potem już jakoś to będzie.
W takiej sytuacji znalazła się Jess z filmu „Triangle”. W
czasie wakacyjnej wyprawy wraz z przyjaciółmi ich jacht majestatycznie
przewraca się dnem do góry, kończąc radosną wyprawę. Wybawieniem okazuje się
pojawiający się zupełnie z nikąd o wiele większy nieprzyjemnie prezentujący się
statek. Tam też Jess staje się czymś na podobieństwo postaci z komputerowej
gry, która do znużenia musi raz za razem przechodzić ten sam etap. Oczywiście
zabijając po drodze kogo się da i uciekając przed zamaskowanymi
przyjemniaczkami. Trupy ścielą się gęsto, mimo że niewiele osób kręci się w
zasadzie po pokładzie. Znajomość scenariusza i przebiegu akcji nie ułatwia
sprawy Jess, która z każdego powtórzenia wychodzi równie mocno poturbowana.
Niemoc bohaterki i powtarzający się w koło koszmar potrafią wymęczyć, a spośród
kolejnych niepowodzeń i bolesnych uderzeń zaczyna rodzić się pytanie – co tu
się właściwe wyprawia?
Kinga: Ten schemat
przypomina mi coś na kształt „Istnienia” albo „1408” i faktycznie może napawać
widza niepokojem. Zamknięcie w pewnym impasie powtarzających się w kółko
zdarzeń z pewnością nie należy do przyjemnych. Zostawmy jednak na chwilę filmy,
które z założenia mają nas przestraszyć i pozwól, że wspomnę o tym, który
powinien był mnie rozbawić.
Czarna komedia to specyficzny gatunek, który z jednej strony
ma wyśmiać sprawy uznawane powszechnie za poważne albo prześmiewczo opowiadać o
horrorach – ten schemat dobrze znamy. Z reguły takie filmy bawią (albo powinny,
ale są bardzo płytkie), ale myśl o jednej z nich do dziś powoduje nieprzyjemny
ścisk w żołądku. Chyba właśnie dlatego, że wszystkie te rzeczy mogą się
wydarzyć w rzeczywistości.”Dzikie historie” to faktycznie komplet kilku dzikich
historii, w których główną rolę grają zerwane z łańcucha nerwy. Każdy z wątków
dotyczy sytuacji dobrze nam znanych albo takich, które kiedyś mogą nas
dotyczyć. A to komuś odholowali auto za złe parkowanie pomimo braku zakazu, a
to ktoś denerwuje nas na drodze, nie chcąc przyspieszyć i nie dając się
wyprzedzić, a to znowu panna młoda chowa pod suknią sporą dawkę zazdrości o
koleżankę męża z pracy. I właśnie to jest w tym najgorsze. Najbardziej niepokojące.
Że mogłabym być tą koleżanką z pracy, której ktoś chce ogolić głowę nożem do
krojenia tortu. Że zdenerwowany kierowca przebije mi opony i zacznie okładać
mój samochód przypadkowymi przedmiotami. Że ktoś otruje mnie w restauracji albo
że ktoś puści z dymem moje miejsce pracy. Ludzie w nerwach czy zemście robią
różne rzeczy. Jak to mówią – wariaci są wszędzie. I to ich trzeba się bać
najbardziej. Bo nigdy nie wiesz, kto stoi przed Tobą na światłach. Brzmi
absurdalnie, ale naprawdę boję się, że komuś w moim otoczeniu za bardzo puszczą
nerwy. A na amok nie ma lekarstwa.
Redaktor Ego: Korzystając
z faktu, że już pierwszą pozycją sam zacząłem się katować obecnością na otwartych
wodach (przywołujący tym samym mój skądinąd irracjonalny lęk przed wielorybami)
pozostanę w klimacie jeszcze chwilę. Wyznacznikiem dobrego thrillera jest
wykreowanie sytuacji, w której oglądający za żadne pieniądze czy luksusowe
towary nie chcieliby się sami znaleźć. Całkiem szczerze muszę przyznać, że nie
jestem specjalnym entuzjastą gatunku, a wszystkie seanse z dreszczowcami to
owoc czystego przypadku. Co ciekawe to nie klasyka gatunku zrobiła na mnie
największe wrażenie, a film należący do średniaków. Jednak na młodym odbiorcy,
jakim wtedy byłem zrobił nieprzyjemne wrażenie.
Gdy wszystko rozpoczyna się od imprezy na jachcie, nie
trzeba być ani jasnowidzem, ani wielkim znawcą kina, by wiedzieć, że
hedonistyczne i niemal zwierzęce harce w końcu sprowadzą na bohaterów gniew
Posejdona. Jeżeli akurat dopisuje mu dobry humor, nie musi nawet wykorzystywać
sztuczek z wielkimi falami. Wystarczy odrobina cierpliwości i grupa przyjaciół
wykończy się sama swoim brakiem odpowiedniej ilości szarych komórek.
Największym zagrożeniem dla pasażerów jachtu Goldspell z filmu „Open Water 2”,
wbrew pozorom nie były siły natury, lecz… selekcja naturalna. Młodzieńczy
temperament, brak wyobraźni lub zbyt długie przebywanie w pełnym słońcu
spowodowały, że bohaterowie postanowili zażyć oceanicznej kąpieli… nie
sprawdzając wcześniej, czy będą mogli wrócić bez problemu na pokład. Nie ważne
jak bardzo rozciągalibyśmy nasz kark, sytuacja pod każdym kątem jest
najzwyczajniej w świecie absurdalna, śmieszna i żałosna. Jednak pomimo
wszelkich obiekcji co do wartości IQ bohaterów, pomysłodawcy należy się ogromny
plus, właśnie za pomysł. Bohaterowie lądują w wodzie, chwilę się wygłupiają, a
całą resztę filmowej taśmy zajmują próbami dostania się na jacht. Ile razy bym
o tym nie myślał, za każdym razem brzmi to głupio. Odcinając się trochę od
takiego myślenia, pojawia się nieprzyjemny stres i niepokój. Bohaterowie, mimo
że są tak blisko bezpiecznego miejsca, nie mogą się do niego dostać. Sytuacja
staje się coraz bardziej frustrująca, bo kolejne starania spełzają na niczym,
gdyż do sukcesu brakuje zaledwie kilku centymetrów. Brak szans na jakąkolwiek
pomoc, otaczający ich bezmiar słonej wody, piekące słońce i świadomość, że
wkrótce zapadnie zmrok. A bezpieczny skrawek jest na wyciągnięcie
ręki…niemal.
Kinga: Najgorsza
chyba w tej sytuacji jest niemoc. Kiedy ratunek teoretycznie jest tak blisko.
No cóż, każdy się czegoś boi, każdy ma jakiś lęk, bardziej lub mniej
irracjonalny. Ale czasem zdarza się, że nagle zaczynamy bać się razem z
bohaterem, mimo że nigdy wcześniej nie mieliśmy takich odczuć wobec danej rzeczy
czy zjawiska. Ile razy podczas oglądania albo czytania czegoś zdarzyło Ci się
ekstremalnie wczuwać w sytuację bohaterów? Nie chodzi mi koniecznie o temat
dzisiejszej dyskusji, ale tak w ogóle. Podejrzewam, że byłbyś w stanie wymienić
przynajmniej kilka tytułów. Kiedy fabuła nas wciągnie, stawiamy się nagle na
miejscu postaci, żeby jeszcze bardziej to przeżyć. I czasem żałujemy.
Kiedy trafiłam na film „Don’t breathe”, nie spodziewałam
się, że ten tytuł może być tak dosłowny. Grupa nastolatków postanawia okraść
dom, w którym mieszka niewidomy mężczyzna. Z pozoru łatwe zadanie szybko
okazuje się być prawdziwą walkę o życie. Dzieciaki zapominają (albo nie
wiedzą), że osoby niewidome mają niesamowicie dobry słuch. Takim sposobem
niebezpieczny może być każdy świst powietrza, więc bezpiecznie jest nie
oddychać. I ja właśnie przez większą część filmu wstrzymywałam oddech razem z
bohaterami, co było niekoniecznie zdrowe. Każdy krok był kolejną dawką
nieprzyjemnego ścisku w żołądku, a i końcówka filmu okazała się szalenie szokująca,
przynajmniej dla mnie. Po obejrzeniu jeszcze długo zamykałam drzwi do
mieszkania na wszystkie spusty i nasłuchiwałam, czy ktoś gdzieś się nie czai.
Ot, taka moja paranoja.
Redaktor Ego: W
tym momencie najprawdopodobniej uznasz mnie za mocno pokręconego, ale jestem
przekonany, że gdzieś na świecie są dziesiątki osób całkowicie podzielających
moje zdanie. Ponieważ tak jak ja otarli się o traumatyczne dzieciństwo. Dolina
Muminków ze wszech miar sprawia wrażenie miejsca cudownego. Piękne zielone
łąki, potężne bory i góry o ośnieżonych szczytach strzegące granic tego
idyllicznego królestwa. Ptaszki ćwierkają, motylki zataczają chaotyczne kółka
nad kolorowymi kwiatami. A co z głównymi lokatorami tego malowniczego habitatu?
Tak ukochały sobie one ciepłe słońce, śnieżnobiałe obłoczki i szum strumieni,
że swoją okolicą cieszą się tylko w tych najpiękniejszych miesiącach, a gdy
nadchodzi zima, zapadają w sen. Żyć nie umierać. Dzieciaki zaś zgromadzone
przed telewizorami mogą z uśmiechem na ustach obserwować rozwijający się
młodzieńczy romans między Muminkiem a Migotką. Swoją drogą nadal czekam na
wersję kinową, w której młodzieniec dotrzyma obietnicy i wreszcie pocałuje
muszelkę ukochanej. Mała Mi jako chodząca wredota i wzór wszelkich zołz
przygotowała maluchy do tego, że w życiu nie wszyscy będą dla Ciebie mili.
Wszystko to układa się w niezwykle uroczy obrazek…do momentu, gdy zapada
zmrok, temperatura spada, a nad ziemią unosi się gęsta i ciężka mgła. A z niej
wyłania się ona…niepokojąca, przerażająca, powolna i wywołująca u dzieci
histeryczny płacz Buka. Moja kuzynka była nią autentycznie przerażona. Myśl ta
stale mnie bawi. Jedynie do chwili, gdy sam przypomnę sobie innych mieszkańców
Doliny, a dokładnie – Hatifnatów. Buka była postacią tragiczną, pozbawioną
bliskości, ciepła i miłości. Trochę ją rozumiałem, współczułem jej i może przez
to trochę mniej się jej bałem. Czy ktoś jednak mógłby mi wyjaśnić, czym były
plemnikopodobne stworki pozbawione kończyn, snujące się stadami
przypominającymi sektę i wydające nieprzyjemne dźwięki? Nie mam pojęcia, co
takiego biorą Finowie i co dokładnie siedzi im w głowach, ale muszą być to
doprawdy niepokojące rzeczy. Czymś takim straszyć dzieci? Nieładnie.
Kinga: Z
pewnością nie jesteś osamotniony, mnie też Muminki doprowadzały na skraj łóżka,
głęboko pod kołdrę, byle tylko na nie nie patrzeć. I chociaż gdzieś po drodze
lubiłam Włóczykija (czy to nie był przypadkiem pierwowzór łobuza, który rzekomo
kocha mocniej?), najbardziej z całej bajki przerażały mnie… właśnie Muminki. Które
wyglądają jak grupa trupiosinobiałych hipopotamów, poważnie chorych na raka czy
coś jeszcze straszniejszego. Blade, z podkrążonymi oczami… Nic dobrego nie
wyniknęło z tej bajki. Ale jako przykład – strzał w dziesiątkę.
W tym całym zestawieniu prawie zapomniałam o filmie, który
wiele lat temu spędził mi sen z powiek na długie tygodnie. I to bynajmniej nie
ze strachu, ale z powodu zbyt natrętnego wracania do niego myślami. Niezwykle
przemyślany, szokujący, realistyczny i prawdziwy, choć niektórzy uznają go za
przerysowany, dramat, który ja dziś mogłabym zakwalifikować jako
psychologiczny. Wyrył dziurę w moim sercu prawie tak głęboką jaką tworzy igła
wbijająca się w żyłę.
„Requiem dla snu”, choć już od dawna na emeryturze, nadal
jest aktualny i wciąż wywołuje we mnie takie same odczucia – niepokój, obawę
przed moralnym upadkiem, poczucie zagrożenia. W tej sytuacji też mocno wczułam
się w sytuację bohaterów, zastanawiając się, co ja bym zrobiła na ich miejscu.
Spokoju nie dają mi też te złowrogie jump cuty pojawiające się po każdej
kolejnej zbawiennej dawce narkotyku. Jako synonim tego, co dzieje się wtedy z
człowiekiem wypadają one niezwykle realistycznie, co potęguje we mnie
nieprzyjemne doznania. To, co dzieje się z bohaterami, jak kończy się historia każdego
z nich i jak fatalnie przebiega życie chyba nie do końca świadomej zagrożenia
matki… Na samą myśl jest mi nieprzyjemnie, wylałam bardzo dużo łez w ramach
kondolencji dla każdej z postaci. Niemniej jestem wdzięczna kinematografii za
tę pozycję. Jest warta każdej sekundy tego poczucia niepokoju.
A główny motyw filmu, który na pewno wszyscy znają, nawet
jeśli go nie widzieli, jest dla mnie chyba jeszcze większym udręczeniem niż
intro „Z archiwum X”.
Redaktor Ego: Trudno
mi uwierzyć w wyższość jakiegokolwiek motywu nad openingiem „Z Archiwum X”. Do
tej pory czuję dreszcze, słysząc pierwsze nuty tego przerażającego
majstersztyku. Może i po latach serial nie robi już tak dobrego wrażenia, ale
czołówka działa tak samo mimo upływu lat.
Przerażające w założeniu powinno być również Halloween.
Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że jest
jedno z bardziej uroczych zwyczajów, jakie zagościły we współczesnym
kalendarzu. Przede wszystkim jest to okazja do odczarowania śmierci i oddalenia
obaw z nią związanych. Komercjalizacja, która dopadała święto, sprawiła, że
urocze dzieciaki zakładają kostiumy swoich ulubionych bohaterów z filmów i
gier, a następnie rozpoczynają polowanie na wszelkie słodkości. Wydrążone dynie
uśmiechają się w kolorze tańczących płomieni, a wszelkie plastikowe ozdoby i
gadżety bawią swoimi wariacjami na temat klasycznych horrorów. W Polsce przy
tej okazji rozpoczyna się dyskusja na temat satanizmu i odwracania się od Boga.
Zaraz za nią coraz częściej rozpoczyna się promocja naszych rodzimych Dziadów,
nieco mniej radosnych i uroczych, ale przyjemnie swojskich. Mimo że wyjście po
cukierki na miasto nie wchodzi już w grę, tego wieczoru maratony horrorów są
obowiązkiem, a składanka Misfits na słuchawkach powinnością.
Właśnie w wyjątkowy halloweenowy wieczór, Timmy i Tia odnajdują
w worku pełnym słodyczy kasetę VHS. Po niezbyt długich namowach opiekunka
rodzeństwa zgadza się obejrzeć fragment zawartego na niej filmu. Zawiera on
kompilację starych horrorów. Dzieciaki mogą zobaczyć satanistyczny rytuał
seksualny, obrzydliwą dekapitację i mordercę na tylnym siedzeniu. Elementem
wspólnym dla wszystkich nagrań jest bardzo nieprzyjemny clown (przy którym
Pennywise jest wręcz uroczy). Taśma ewidentnie nie nadaje się dla dzieciaków,
chociaż Timmy z niepokojącą wręcz fascynacją rysującą się na twarzy docenia
artystyczny kunszt kolejnych ujęć. Film zostaje wyłączony, a dzieciaki muszą
iść spać. Wszystko kończy się dobrze? Oczywiście, że nie. Clown bowiem okazuje
się dodatkiem specjalnym do kasety i wkrótce wszystkim umili wieczór. Fragmenty
dziejące się „naprawdę” wołają w filmie o pomstę do nieba lub przynajmniej
wizytę Freddy’ego Kruegera. Wieje tam bowiem totalną amatorszczyzną i fatalną
jakością, stąd też pewnie niskie oceny. Zdecydowanie lepiej w „All Hallows’
Eve” wypadają stylizowane na lata 80 nagrania. Pełne nieprzyjemnej i
niepokojącej aury świetnie oddały klimat klasyki gatunku.
Kinga: To brzmi
jak swego rodzaju połączenie kilku horrorowych schematów, które osobno są
zazwyczaj bardzo dobre, ale razem wcale nie muszą. Wiadomo – jak coś jest do
wszystkiego to…
Na zakończenie odpuszczę już straszaki, które często powinny
siać niepokój i niepewność i wrócę jeszcze na chwilę do komedii, czyli filmów z
góry zakładających śmieszki i inne heheszki. Wspominałam, że ten gatunek nie
zawsze musi rozbawić i tak też było w moim kolejnym przykładzie. Choć tutaj
dziwną klasyfikację gatunkową można w pewien sposób usprawiedliwić.
Znając od naszych babć i dziadków czy nawet z podręczników
szkolnych historię drugiej wojny światowej, wszystkie siniaki nabite naszemu
krajowi, całą otoczkę polityczną wojennych wydarzeń, wszystkie pakty i sojusze,
aż w końcu przebieg i jej zakończenie, sytuację Żydów (którzy wtedy w Polsce de
facto nie byli mniejszością) zamkniętych w getcie i wszystkich spalonych w
piecach dusz, czy chciałbyś, żeby teraz pojawił się ktoś o podobnych poglądach,
co Hitler? O jego charyzmie i umiejętnościach retorycznych, których niestety
nie można mu odmówić? Myślę, że nie.
A widzisz, Niemcy zrobili
z tego motywu film. „Er is wieder da” to historia Hitlera, który z jakiegoś
powodu przenosi się do roku 2011 z całym dobrodziejstwem inwentarza – w swoim
charakterystycznym płaszczu i ze wszystkimi swoimi poglądami. Początkowo jest
odrobinę zdezorientowany, aby później stać się atrakcją turystyczną. Wszyscy
bowiem biorą go za świetnego komika i parodystę. Hitler występuje w telewizji i
nikt nie ma świadomości, że jego wypowiedzi nie są ani trochę przygotowanymi
kwestiami aktorskimi. Z czasem dzieje się dokładnie to, co działo się w latach
30 – ludzie zaczynają mu wierzyć. Słuchać go i podążać ślepo jak zagubione owce
za cudzym owczarkiem. Gość ma tę samą charyzmę, która kiedyś kazała wszystkim
wierzyć, że mogą zawładnąć światem. I to jest tak cholernie niepokojące, tak
samo jak zakończenie, którego Ci nie zdradzę. Oczywiście wjeżdża tu także motyw
Żydów i cichej eliminacji hitlerowskich przeciwników. I trochę rozumiem,
dlaczego ten film nazwany jest komedią. Jest niemieckiego pochodzenia, a Niemcy
wojnę pamiętają trochę inaczej niż my. Dla nich powrót pana Adolfa jest dobrym żartem,
dla nas – najgorszym koszmarem.
Redaktor Ego: Przytoczone
przeze mnie filmy nie należą do szczególnie godnych polecenia. Wszystkie
zapadły mi w pamięć głównie ze względu na okoliczności spotkania. Pierwszy raz
podobno pamięta się do końca życia. Tak więc bardzo prawdopodobne, że
wszystkich tych obrazków z głowy się nie pozbędę, a co za tym idzie, pozostaną
ze mną wszystkie  nieprzyjemne wrażenia
jakie wywołały. Byłem z siebie niezwykle dumny, gdy w końcu udało mi się
przekonać moich rodziców o mojej dojrzałości i odwadze i przyprawić solennymi
obietnicami, że nie będę budził ich później w nocy. Tym oto sposobem zacząłem
oglądać pierwsze filmy dla dorosłych.
„Train: Rzeźnia na szynach” niewiele różni się od
poprzednich tytułów. Jest obrzydliwy, odpychający i nieprzyjemny, lecz żadnym
arcydziełem przy tym nie jest. Nie jest z całą pewnością również ani trochę
odkrywczy. Grupa młodych amerykańskich sportowców (zaczyna się jak zawsze), po
intensywnym świętowaniu zwycięstwa spóźnia się na swój pociąg, zmuszeni są
dostać się do Odessy następnym (to nawet nie brzmi poważnie). Radosna kolejka,
do której wsiadają, okazuje się daleka od disneylandowskiego ideału. Pracownicy
składu, jak przystało na kinowe standardy, straszą swoją wschodnią aparycją i
szybko udowadniają, że charakter mają równie zimny. Młodzi i wysportowani
bohaterowie są idealnym źródłem narządów na handel, ukraińska „służba zdrowia”
trzyma regionalne standardy i zapewnia swoim pacjentom warunki równie
przyjemne, jak KGB amerykańskim agentom. Pociąg toczy się po dzikich polach,
światła są przytłumione, a wnętrze wagonów pełne łańcuchów i klatek przypomina
pierwszą stację na trasie do piekła.
Co takiego wyjątkowego było w tym filmie? Pozbawieni masek
czy niezwykłych mocy, lecz wyposażeni w kastety, haki i kije baseballowe
zwyrodnialcy wyglądali zupełnie prawdziwie. W ducha, demona czy mordercę z
piekła trudno uwierzyć, wytatuowany bandyta to już całkiem inna sprawa. Byli
oni realni, a zadawane przez nich okrucieństwa przez to bardziej prawdopodobne.
Niejednokrotnie ich działania zahaczały o niezwykle niewłaściwe i odpychające
(nawet jak na standardy slashera) pomysły. Rzeźnia na szynach przemierzająca
wyglądający na nieprzyjemny i niegościnny kraj zapadła mi swoim okrucieństwem
dość mocno w pamięć. Może dzięki temu, że rodzice nie mieli żadnych obiekcji,
teraz mogę tak głośno śmiać się na horrorach, zawsze odnajdując w nich
przynajmniej odrobinę przyjemności, nic bowiem mnie już nie zaskoczy, ani nie
wywoła zniesmaczenia. Jeżeli tak – mamo, tato, dziękuję wam!
Kinga: Na tych
przykładach jedyne co możemy zauważyć, to fakt, iż niepokojące może być dla
widza wszystko, jeśli tylko zostanie odpowiednio obudowane albo uderzy idealnie
w sam środek naszych lęków. Nawet, jeśli to komedia czy z pozoru niewinna bajka
dla dzieci. Wszystko jednak wskazuje na to, że to wysokie napięcie, które
możemy niemal zobaczyć w filmach, czasem potrafi się nam spodobać.
Masochistycznie oglądamy dalej i więcej, żeby później móc na niego chwilę
ponarzekać, ale ostatecznie uznać, że nie był taki zły. Albo był, ale kiedy
przyszły nocne rozmyślania, nagle okazuje się, że może jednak jest w nim jakieś
ziarnko prawdopodobieństwa. Może coś takiego przydarzy się i nam. Może
niekoniecznie będzie nas ścigał upiorny clown czy skamielina Hitlera, ale
znalezienie się poza burtą statku czy spotkanie nerwowego kierowcy na swojej
drodze… To już brzmi całkiem realnie. I o te rzeczy powinniśmy się obawiać.
Kiedy za młodu kwiczałam, że obejrzałam horror o duchach czy innych zombie i
teraz się boję, zawsze powtarzano mi, że powinnam raczej bać się żywych, niż
martwych.