Felietonia

Dorosłość nie musi być doskonała

Dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy nosić duże torebki. Kiedy kopertówki stają się bezużyteczne, bo nawet na weselach dorosłemu człowiekowi potrzebny jest zestaw survivalu NNW. A kiedy spontanicznie zatrzymujesz się w markecie, zgrabnie unikasz płacenia miliona monet za foliówkę – przecież masz dużą pojemną torbę. Dorosłość to sztuka bycia dobrym strategiem. Ale wcale nie najlepszym.

Kiedy letnia temperatura za oknem prowokuje myśli „wywieszę pranie, to szybko wyschnie” albo „nie pada, więc po południu skoszę trawę” zamiast „o, ciepło”. Kiedy wyjazd na wakacje zmienia się z leżenia plackiem i babrania się w piasku w aktywny wypoczynek – bo szkoda dnia i krajobrazu. Przecież hotele i plaże są wszędzie. Kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebujesz tych szarych sandałków i czy jesteś na bieżąco z rachunkami. Wtedy właśnie zaczyna się bycie dorosłym. Kiedy do akcji wkracza samodzielność. Samodyscyplina.

Ale czy dorosłość musi być idealna? Oczywiście że nie

Wszyscy popełniamy błędy. Doskonałość od dawna jest passe.

Media non stop promują bycie idealnym. Ja też. Te wszystkie instagramowe owsianki są ładne przez pierwsze trzy minuty od zrobienia. Zanim zaczęłam robić zdjęcia swoim, w życiu nie pomyślałam, żeby w jakikolwiek sposób planować ułożenie bananów.

Idealne ciało, idealnie posprzątany dom, idealne zdjęcia z wakacji… Wszystko jest ostatnio tak idealne, że w konsekwencji – na jedno kopyto. Całe Internety to jedno wielkie kopiuj-wklej.

Dorosłość? No, thanks, I prefer drugs

Od bycia dorosłym też oczekuje się odpowiedzialności i doskonałości. W byciu pracownikiem, rodzicem, kurą domową, organizatorem wyjazdów. Sporo ludzi w moim wieku (albo trochę starszych) jest już po studiach, mają domy, rodziny, dzieci, psy, chomiki, samochody, hipotekę i prężnie działające firmy. A ja? Jestem tym typem kobiety, która pije wino z kubka do herbaty w nadziei, że mózg się na to nabierze.

Jestem doskonale niedoskonała w swoim dorosłym życiu

Ususzyłam lawendę, już dwa razy wypłukałam ziarna majeranku z doniczki od nadmiernego podlewania, udało mi się zrobić pizzowego zakalca i konsekwentnie zapominam o gaszeniu światła w łazience. Uczę się dwie godziny przed egzaminem, łamię paznokcie w dniu, w którym miałam położyć nowe hybrydy, trzymam przeterminowane produkty w kuchni (w szafce podpisanej „nie mam serca wyrzucić”) i zdarza mi się spać do dziesiątej, żeby potem cały dzień czuć do siebie wstręt.

Jestem niedoskonała. Ty też. Wszyscy jesteśmy. Nie ma sensu z tym walczyć. Perfekcja jest zwyczajnie nudna. Dobrze czasem zapomnieć wyjąć pranie z pralki, naładować telefon przed ważnym wyjazdem czy zostawić coś w galerii (np. statyw, choć tego akurat mi szkoda). Ot tak, żeby coś się działo. Ważne tylko, żeby nie za często.