Felietonia

Zawód: bezrobocie

Bezrobocie to strasznie przykra profeska. Rozsyłasz CV wszędzie gdzie tylko możesz i okazuje się, że pisanie tekstów reklamowych dla warszawskiego portalu z dekoracjami do domu nie może odbywać się zdalnie (ponieważ nie), pisanie artykułów o kamicy nerkowej do aptekarskiej gazetki też nie, w drogeriach Cię nie potrzebują, bo nie jesteś kwalifikowanym wizażystąani kosmetologiem (znajomość absolutnie całego asortymentu Sephory na pamięć i umiejętność powiedzenia dwóch zdań o każdym składniku kosmetyku nie jest żadnym autem), a do sieciówki ciuchowej Cię nie chcą, bo nie masz doświadczenia w sprzedaży, którego nie możesz zdobyć, bo nie chcą Cię zatrudnić przez brak doświadczenia w sprzedaży.

Siedząc sobie taka bezrobotna w domu, w wakacje, kiedy znajomi porozjeżdżali się do domów rodzinnych, zaczynam rozmawiać sama ze sobą, żeby trochę oszukać mózg. Bo ta bezrobotna samotność jest bardziej przygnębiająca, niż świadomość, że nie mam pracy i że ktoś musi ciułać na moje utrzymanie.

Przede wszystkim, gnijąc na bezrobociu, czuję się też zbędna w domu. Jak złośliwy pasożyt, wykorzystujący innych w całości. Nawet nie jak jemioła. Jak stonka ziemniaczana. I niby mieszkanie mam sterylnie czyste, bo te 24 godziny wolnego czasu trzeba na coś przeznaczyć. Coś produktywnego, żeby nie czuć się już tak do reszty zbędnym elementem dekoracji. Dlatego mimo wolnych wakacji tak mało czytam. Bo wewnętrznie czuję, jakby to było coś złego. Bo przecież czytając, tylko siedzę i się obijam. Ale przecież nie zależy mi na wiecznym życiu kury domowej. Nie chcę  całymi dniami robić prania, zmywać garów, odkurzać dywanów i myć okien.

Ale z drugiej strony, jak inaczej mogę okazać się użyteczna, niż tylko przez fizyczną walkę o czyste mieszkanie? Oczywiście, że chciałabym, żeby mój K. czasem mnie w czymś wyręczył po powrocie z pracy. Albo pomógł rozwiesić pranie czy pozmywać po obiedzie. Ale przecież on ciuła te wszystkie nadgodziny. I choć wkurza mnie niemiłosiernie, że zaraz po jedzeniu zakorzenia się przed ekranem laptopa na długie godziny, jak miałabym mieć do niego pretensje? Skoro od kilku miesięcy wydaję nie swój hajs na pojemniczki do przechowywania mąki i nasiona chia, których on i tak nie je.

Z drugiej strony boję się, że jak już będę pracować, on będzie przyzwyczajony do tego, że to ja robię te wszystkie rzeczy, o których on pewnie nie wie, że trzeba je robić od czasu do czasu. Ale przecież przyzwyczaję go do tego na własne życzenie. Bo teraz we wszystkim go wyręczam. Bo on zarabia, a ja jestem bezużytecznym darmozjadem i wrzodem na tyłku.

Taki kobiecy mętlik w głowie mam od wielu miesięcy. Bo przecież ja zrobię lepiej. I mam czas. I możliwości. Ale co, jeśli nauczę go robić nic?

Powinnam wyjechać za granicę. Przekonać się, czy by pamiętał o zmianie pościeli, wymianie mieszanki antymolowej w szafkach kuchennych, praniu ścierek do sprzątania, nawożeniu kwiatów w odpowiednie dni, płaceniu rachunków, zgłaszaniu stanu licznika do gazowni i odkurzaniu też za i pod meblami. I wtedy po powrocie mogłabym spokojnie za niego wyjść.

Albo nie

Bezrobocie jest jak opryszczka na ustach. Albo angina. Niby to nic groźnego, ale ciągnie się za człowiekiem latami. Tylko jak usunąć te niechciane migdałki, jeśli żaden lekarz nie chce mnie przyjąć do gabinetu?