Związek na pół etatu

Związki zawarte w przedszkolu były najfajniejsze. Bo takie proste. Kiedy pytanie „będziesz ze mną chodzić?” nie powodowało żadnych niepotrzebnych palpitacji i poczucia żenady. Kiedy po tygodniu budowania wspólnej dziecięcej przyszłości Twój chłopak przychodził do sali, trzymając koleżankę za rękę i oznajmił „to moja nowa dziewczyna”, obyło się bez płaczu, zgrzytania zębami i rzucania pluszowymi małpkami czy drewnianymi klockami.

Wszystko było takie proste.

Potem nastała era szkoły i wszystko było niemal tak samo nieskomplikowane. Mieliście lekcje w tych samych godzinach, wolne mniej więcej w tym samym czasie i mogliście się spotykać we wtorek i piątek na oglądaniu filmów albo spacerowaniu brzegiem Wisły. Albo na co innego. Zerwania były bolesne, ale w większości przypadków – wyjątkowo potrzebne.

Dorosłość jest okrutna

Nie dość, że musicie ważyć każde słowo, żeby zachować odpowiedni balans między tym, co utopijne, a tym, co posypane łzawą porcją goryczy, to jeszcze bardzo często jest tak, że dwoje mieszkających ze sobą ludzi praktycznie się nie widuje.

Znam mnóstwo par, które przez większość czasu mijają się w progu. Bo ona pracuje w korpo od rana do 15, a jemu przypadł system zmianowy. Gorzej, jeśli oboje pracujecie na dwie zmiany. Bo prawdopodobnie pech chce, żeby to były zazwyczaj dwie różne zmiany.

W takiej sytuacji krach na Waszej miłosnej giełdzie jest bardziej, niż pewny. Prędzej czy później jedno z Was będzie miało dość. On rzuci się z butami na kanapę i będzie czekał, aż obiad sam się zrobi i sam poda do stołu. Ona będzie robić awanturę, że po pracy musi wszystko robić sama, nawet, jeśli on zrobił zakupy, a za dwie godziny umyje naczynia. On się od szczeknie, że też pracuje i potrzebuje chwili relaksu przed telewizorem czy komputerem. A ona złośliwie zapyta, dlaczego taki relaks jej się nie należy. I tak przez kolejne kilka godzin. Albo dni. Aż w końcu kanapa w salonie będzie pełnić funkcję jednoosobowego łóżka.

Albo on przyjdzie do domu stęskniony mocnego przytulenia, a ona będzie siedziała nad projektem, którego nie dokończyła, a powinna. I nawet nie zauważy, że ktoś przyszedł do domu. A w kuchni będą czekać sztuczne pierogi kupione w garmażerce w Tesco, zamiast ciepłego obiadu przygotowanego z sercem.I tak dalej, i dalej, i dalej… Aż do końca.  

Praca – owszem, ale związek dwojga ludzi nie może odbywać się na pół etatu. Jesteście razem, a Wasza przyszłość będzie wspólna przez kolejne lata. Obserwuję moje znajome parki i zastanawiam się, kiedy ci wszyscy ludzie zapomnieli, z jakiego powodu zaczęli się spotykać, potem wzięli ślub, zamieszkali razem. Kolejność dowolna. Wracają do mieszkania i wszystko, co mają do zaoferowania sobie nawzajem, to pretensje. A przecież można inaczej.

Można wykorzystać każdą wolną chwilę. Na wspólne śniadanie. Wspólnie przygotowane. Wspólny obiad. Jakiś spacer, rower, planszówka, odcinek serialu. Jest tyle rzeczy, które możecie zrobić razem, nawet nudzić się możecie wspólnie, leżąc obok siebie na łóżku.

Wszystko zależy od tego, czy się dogadacie. Od zawsze na zawsze uważam, że najważniejsza w związku jest rozmowa. Nawet, jeśli sprowadzona do kłótni. Jeśli pary się nie kłócą od czasu do czasu, oznacza to, że w ogóle nie rozmawiają.

Jeśli Twoja partnerka zabiera się za sprzątanie albo nowy projekt do pracy akurat, kiedy Ty wracasz z pracy, a ona akurat tego dnia miała wolne i wszystko to mogła zrobić rano, jeżeli Twój facet piątkowe przedpołudnie woli spędzić tłukąc się z przypadkowymi ludźmi w grze online, wiedząc, że po południu Cię nie będzie, bo idziesz na drugą zmianę – coś jest nie tak. Trzeba o tym poważnie porozmawiać.

W tej całej dwuzmianowej dezorganizacji znajdźcie jakiś kompromis. Kupcie kalendarz ścienny, taki podzielony na pół, zapiszcie tam swój grafik i wszystkie wyjścia bez drugiej połówki (do kina z koleżanką, na spotkanie biznesowe, na integracyjne kręgle ze współpracownikami), żebyście wiedzieli, ile czasu będziecie razem w domu. Ustalcie, kto kiedy zajmuje się obiadem, kiedy jecie na mieście, kiedy możecie wyjechać na kilka godzin za miasto, a kiedy wyjść na spacer–randkę czy znaleźć godzinę na wspólne bieganie, zamiast robić to osobno – jedno z Was rano, drugie wieczorem. Zorganizowanie czasu w taki sposób, choć wymaga trochę zaangażowania, nie jest trudne, a może okazać się szalenie skutecznym defibrylatorem dla Waszego związku. Związek dwojga ludzi jest jak kula z bukszpanu na balkonie czy w ogrodzie. Jeśli nie będzie podlewana – umrze, wysuszona na wiór. Jeśli jej nie przytniecie – rozkraczy się na wszystkie strony, aż w końcu będzie bezkształtna. Dokładnie jak Wasza relacja. Dbajcie o swoje kule z bukszpanu. Te dobrze pielęgnowane są naprawdę wieloletnie.

Ale są też takie złośliwe bukszpany, o których zdrowie już nie ma sensu walczyć. Starajcie się, żebyście nigdy nie musieli zaprowadzić ich do miłosnego hospicjum. Stamtąd już Wasze bukszpany nie wyjdą.