Polecajka

Przeczytane w wakacje

Młodociani już miesiąc temu pożegnali się z wakacyjnym konfortem nicnierobienia i wrócili do szkolnej rutyny. Dorośli, pracujący w wakacje czy nie, też wrócili do pewnego rodzaju rutyny i wpadli w wir codziennych obowiązków. Są też studenci, którzy wolne mają jeszcze tylko kilka dni (no chyba, że pracują i nie mają, wtedy bardzo zazdrościmy stałej pensji) i albo właśnie korzystają z ostatnich chwil wytchnienia, albo przygotowują się do nowego roku akademickiego.

Ja jestem w tej drugiej grupie, jestem w pełni gotowa na nowe wyzwania, nie boję się natłoku pracy i wiszącej nade mną magisterki. Zanim jednak wezmę się do roboty i zacznę kolekcjonować materiały i bibliografię, chcę   podzielić się refleksją na temat książek, które udało mi się przeczytać w ciągu ostatnich miesięcy.

Wspominałam kiedyś, przy okazji poprzednich postów, że w te wakacje miałam bardzo mało czasu na czytanie czegokolwiek i tak naprawdę większość tego, co tu mam, przeczytałam końcem sierpnia i we wrześniu. Ale co, są to wakacje? Są. Lecim z tym!

Najpierw trochę fabuły

R. Mróz Behawiorysta

Była to moja pierwsza randka z panem Remigiuszem i muszę przyznać, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Od dawna jednak chciałam przeczytać Behawiorystę, bo to jedna z niewielu książek autora, która nie należy do żadnej serii. Co oznacza, że nie pochłonie całego mojego życia i spokojnie po skończeniu tej książki nie muszę sie martwić o ciąg dalszy, bo takiego nie ma. Ale od początku. Behawiorysta to historia Gerarda Edlinga, który na mowie ciała i kinezyce zna się jak nikt. Przynajmniej tak się o nim mówi, choć na przestrzeni książki jego sądy non stop okazują się mylne. Gerard ma brudną przeszłość, przez co jego kariera w prokuraturze wisi na włosku. Kiedy jednak pewien szalony uzurpator zamyka się w przedszkolu i streaminguje w sieci dokonywane tam zbrodnie, Edling zostaje poproszony o pomoc. Pierwsze 30% powieści ciągnie się jak stary ser na pizzy, przez co ciągle szukałam wymówki, żeby Behawiorysta został na półce. W końcu postanowiłam, że czas się za niego zabrać, przetrwałam jeszcze kilka rozdziałów i… przepadłam. Książka wciągnęła mnie na tyle, że dokończyłam ją zaskakująco szybko, a potem długo leżałam zwinięta w kłebek, uderzona zakończeniem prosto w twarz. I przez kilka kolejnych dni zastanawiałam sie, co będę teraz robić ze swoim życiem. Autor trzyma w napięciu do samego końca, ciągle wychodzą nowe fakty, a plot twist na zakończenie jest wart wszystkiego. Jeśli więc lubisz kryminały, polecam przetrwać pierwsze kilka rozdziałów, potem samo się ułoży.

T. Rafferty, Przepis na katastrofę

Ta książka jest raczej pustą rozrywką, co wcale nie musi być wadą. Według okładki, mają to być zwierzenia nieidealnej pani domu. I faktycznie jest to zbiór opowiadań, w których narratorem jest sama autorka, opisująca swoje przeżycia. Związane głównie z gotowaniem. Książka zawiera też przepisy, potraktowane trochę z przymróżeniem oka.

Tess Rafferty jest z zawodu pisarką i komikiem, ale niestety w jej książce brakuje trochę komizmu. Po tytule i opisie z tyłu spodziewałam się, że będzie to coś w stylu Ch…owej pani domu, a w środku okazało się, że jest to głównie narzekanie na brak pieniędzy, pracy i życie w LA. Nie jest to prześmiewczy opis kulinarnych przygód, raczej poradnik, jak sobie radzić z uczuleniem na wszystko. W opowiadaniach brakuje dystansu. Jest mi bardzo smutno, bo pokładałam wielkie nadzieje w tej książce. Miałam nadzieję, że trochę się pośmieję, że liznę trochę uszczypliwego humoru i obserwacji rzeczywistości. I trochę kuchni dla opornych. I drinków. A wszystkiego jest jak na lekarstwo. Nie powiem, że ta książka jest super beznadziejna. Nie żałuję, że ją przeczytałam. Po prostu spodziewałam się po niej więcej.

Moja miłość – poradniki

P. Tkaczyk Zakamarki marki

Lubię wszelkiego rodzaju pomoce naukowe dotyczące marketingu. To, co oferują moje studia jest bardzo okrojone i wystarczy tylko na zdanie egzaminu. A to nie o to powinno chodzić. Ekonomia okazuje się bardzo praktyczna i przydatna w życiu. Dlatego pochłaniam dużo poradników o tej tematyce. Jednym z nich są Zakamarki marki. Jest to fajne kompendium wiedzy na temat marketingu, rozwoju biznesu i promocji marki. Wszystko jest fajnie ułożone w bloki tematyczne. Nie mam nic do zarzucenia tej książce, polecam każdemu, kto potrzebuje usystematyzować wiedzę albo myśli o założeniu własnej działalności.

K. Tusk, Make photography easier

Tę książke pożyczyłam od przyjaciółki. Już dawno chciałam ją przeczytać, ale nie miałam ochoty płacić za praktycznie same obrazki. Dlatego czyhałam na kogoś, kto mógłby mi ją udostępnić. Kasia Tusk robi piękne zdjęcia i co do tego nie ma wątpliwości. Sama książka jednak jest w zasadzie dość banalna i jeśli ktoś ma jakiekolwiek pojęcie o robieniu zdjęć – może się trochę nudzić rozprawami o układzie światła. To, co mi się w niej podoba, to świetny poradnik dotyczący wypełniania kadru. Książka podrzuca fajne pomysły i inspiracje, a także wytyka błędy, które wszyscy popełniamy podczas robienia zdjęć. Warto więc ją przeczytać, ale niekoniecznie wykładać na nią własne pieniądze. Lepiej znaleźć kogoś, kto już to zrobił albo poszukać w bibliotekach.

Całą reszta

B. Szmatloch, Wihajster do godki

Moja miłość do gwary śląskiej jest pierwszą rzeczą, którą nowi znajomi u mnie dostrzegają. Czasem zdarza się, że pytają mnie, skąd jestem, bo śpiewam jak kresowiak a złoszczę się jak ślązak. I wtrącam w wypowiedź niemieckie makaronizmy. I znając stosunek ludzi do języka naszych zachodnich sąsiadów, jestem wdzięczna za każdego człowieka, który mimo to chce spędzać ze mną czas. Wihajster… to też pożyczak, w którym zakochałam się od razu i kocham do ostatniego słowa. Jest w całości po śląsku, więc nie nada się dla każdego. Nie wszystkie słowa są bowiem tłumaczone na polski. Sama książka też nie ma żadnej fabuły, są to po prostu krótkie artykuły na temat śląskich obyczajów, historii i różnic między tym, jak było kiedyś, a teraz. Dla fana historii albo Śląska będzie to fajna opcja. Książkę można czytać partiami i odkładać na potem, bo nie ma w niej ciągu fabularnego. A przy tym można się podszkolić w gwarze. Bo nie ma nic lepszego, niż narzekanie na innych w języku, którego nie znają.

Wakacje to też czas, w którym nadrobiłam wszystkie zaległe numery Women’s Health. W czasie roku akademickiego czytałam wybiórcze arykuły, które mnie interesowały. Teraz przeczytałam wszystko od deski do deski i zaznaczyłam kolorowymi karteczkami wszystko, czego mogę kiedyś potrzebować.

Plany na przyszłość

W najbliższym czasie planuję przeczytać jeszcze kilka poradników, zabrać się za Drach Twardocha (bo nic, co śląskie nie jest mi obce) i może trochę staroci. No i oczywiście czeka mnie magisterka, więc sporo językoznawstwa przede mną.

Co przeczytałeś w wakacje? Może coś mi polecisz?