Felietonia

Pokolenie wi-fi. Uzależnieni od bycia online

Być niewolnikiem można na kilka sposobów – może to być niewolnictwo dosłowne, zakładające pracę w zamknięciu na czyjś rachunek, może oznaczać małżeństwo z despotycznym  partnerem, ale może też ukrywać się złośliwie pod maską wolności. I to jest chyba najtrudniejsze do pokonania.

Kiedyś Internet był fanaberią dostępną dla wielkich firm, później wprowadził się do bogatszych domów, aby w końcu być na równi z tlenem. Gdyby go zabrakło, choćby na godzinę, cały świat zamarłby w niezdrowym paraliżu. Nagle okazałoby się, że pani przed Tobą w kolejce nie ma sześciu złotych na makaron i śmietanę, bo nie ma przy sobie nic poza plastikową kartą wypełnioną wirtualnymi pieniędzmi, która bez Internetu jest bezużyteczna, podobnie jak terminal. Netflix stałby się jedynie marzeniem, a załatwianie spraw w urzędzie zaczęłoby kuleć na obie nogi. I choć faktycznie Internet jest dla nas ogromnym udogodnieniem, czy nie jest tak, że uzależnił nas od siebie?

Jasne, też jestem niewolnikiem sieci w rozumieniu hedonistycznym. Scrolluje Instagram, wymieniam się ze znajomymi memami, czasem godzinami wiszę na Messengerze, a raz w tygodniu marnuję cały dzień na nadrabianie zaległości z YouTube. Ale zdarza się, że nie mam na to czasu albo po prostu wolę w tej chwili robić co innego.

Istnieją tacy ludzie, którym trudno zrozumieć, że nie jestem na bieżąco z memami, viralami czy topowymi kanałami na YT (czyli jakimiś randomowymi filmami z karty na czasie, której nie przeglądam wcale). Istnieją też tacy, którzy nie akceptują znajomych, którzy mają życie poza smartfonem. Każdy ma przyajmniej jednego takiego znajomego. To ci, którzy są sfrustrowani, kiedy nie odpisuję od razu w social mediach albo nie mam czasu teraz obejrzeć tego filmiku. Albo wyświetlam wiadomość o 1:30, bo może ktoś umarł, a kiedy okazuje się, że to mem, chcę odpisać rano, ale ostatecznie wysyłam randomową emotkę, żeby nie być oskarżoną o ignorancję.

A najgłupsze, co kiedykolwiek przeczytałam w oknie Messengera, to mogę Ci coś wysłać czy dalej gdzieś z kimś jesteś i lecisz na pakiecie? 

Panie i panowie, w dzisiejszych czasach bycie gdzieś z kimś to przestępstwo.

Mam 23 lata, studia i dwupokojowe mieszkanie. Sporo obowiązków i całe życie przed sobą. Szczerze – lubię te wszystkie filmy, memy, virale i całe te rakotwórcze Internety. Ale nie mam czasu non stop wisieć gdzieś w wirtualnej przestrzeni. Mam znajomych, rodzinę, chłopaka i chcę spędzać z nimi wolny czas. Czy coś jest ze mną nie tak?

Czy za wcześnie zaczęłam żyć po dorosłemu? Czy to, źle, że chcę odciążyć rodzinę i nie siedzieć na maminym garnuszku do trzydziestki? Czy zamiast prać, gotować, sprzątać i chodzić do kina, powinnam scrollować memy? Czy wtedy dopiero będę porządnym obywatelem?

Najgorsze jest to, że zaczynam czuć się winna temu, że mam poukładane, pełne wyzwań i obowiązków życie. I bardzo je lubie. Nie mogłabym tak siedzieć i wkepiać oczu w niebieskie światło całymi dniami. I przez to czuję, jakbym była gorsza.

Całodobowy dostęp do sieci, poza komfortowym rozwiązaniem, jest trochę jak nowa nieuleczalna choroba cywilizacyjna. Jak wirus, który wrósł gdzieś głęboko w ludzki mózg. Są tacy, którzy nie potrafią bez niego funkcjonować i nie rozumieją tych, którzy potrafią odsunąć życie online na rzecz własnego.

A to przecież chodzi o to, żeby żyć.