Cosmopolitan – uzależnieni od świata

Życie bardzo szybko ewoluuje. Najpierw jesteśmy dziećmi, idziemy do przedszkola, szkoły, liceum. Czujemy, jak fenyloetyloamina wrze od pierwszej miłości, aby zmienić się (zazwyczaj dość szybko) w ból  pierwszego rozstania. Potem zdajemy maturę (albo nie), idziemy na studia albo do pracy, poznajemy pierwsze gorzkie nuty smakowe życia. Spotykamy naszą drugą połówkę, pojawia się ta długo wyczekiwana chemia. No a potem już z górki – ślub, dzieci, hipoteka, mieszkanie, spłacanie, śmierć.

Tak w skrócie można zarysować książkowy obraz idealnego życia i idealnego związku. I faktycznie są dookoła ludzie, którzy o tym marzą. Którzy zakładają rodziny i osiadają z nimi we własnościowym mieszkaniu. Którzy absolutnie dobrowolnie dają się zamknąć w okowach hipoteki i za kratami jednego, stałego miejsca pobytu.

Ale jest pewna grupa ludzi, dla których taki stan rzeczy jest hałaśliwie nudny.

 

Człowiek, którego roboczo nazywam kosmopolitą (choć wiem, że to nie do końca trafne określenie), nie lubi i nie potrafi być długo w jednym miejscu. Chce spróbować wszystkiego. Pomieszkać rok w Londynie, rok w Nowym Jorku, rok  w Berlinie, potem pół roku w Poznaniu, Warszawie czy Łodzi. Aż w końcu osiąść na niczym nieokreślony „jakiś czas” gdzieś w dużym mieście, nie rezygnując z możliwości. Dusi się w ciasnych przestrzeniach małych miast, lubi podróżować, zwiedzać, doświadczać. Jest wolny od zobowiązań, kręci własny biznes, owijając go sobie wokół palca i zabierając ze sobą wszędzie. A nawet, jeśli już gdzieś osiądzie, musi coś zmieniać. Przynajmniej kolor ścian. I osiada tylko po to, żeby korespondencja miała gdzie spływać i żeby nie musieć ciągle zapisywać się do lekarza rodzinnego.

Mój kosmopolita lubi zmiany. Nie znosi rutyny. Nie potrzebuje mieszkania na własność, które zatrzyma go na długie lata w jednym miejscu. I jest szczęśliwy, mogąc nazywać się obywatelem świata. I całkiem trafne jest tu powiedzenie o wyjeździe w Bieszczady.

Jeśli ciekawi Cię, kim w tym zestawieniu jestem ja, odpowiedź powinna być oczywista, jeśli mnie znasz albo czytasz regularnie. Mieszkałam w Rzeszowie przez trzy lata. Teraz zaczynam drugi rok w Lublinie. I już przebieram nóżkami, żeby coś ze sobą zrobić. Mieszkanie tak długo w jednym miejscu jest jak godzina mszy. Gdzieś w okolicach kazania zaczynasz nerwowo tupać nóżką, a duszna woń kadzideł każe Ci trzymać oczy na zapałkach. Chciałbyś się wyrwać i przejść się przynajmniej do sąsiedniej parafii. Żeby po drodze odetchnąć świeżym powietrzem choć przez chwilę. Nowym powietrzem, innym niż to, które już znasz.

I to właśnie jest uroda tych, których sobie nazwałam kosmopolitami. To nie do końca wieczne życie na walizkach. To brak zobowiązań. Niczym nieograniczone możliwości. I niech będzie – jedno miejsce, do którego z chęcią się wraca. Jak moja Łódź.

Bo przecież stabilizacja nie musi być bezwarunkowym elementem szczęśliwego pożycia. Walter White nie potrzebował Sudafedu, żeby zrobić metę. I to przecież całkiem dobrą.

Bo Sudafed i stabilizacja są przereklamowane.

A Ty? Jesteś bardziej obywatelem świata czy jednego miejsca?