Popkultura

Przeczytane zimą 2018 / 2019

Wydaje mi się, że zima już na dobre nas opuściła. Temperatura ciągle rośnie, a wieczór zaczyna się o 19, a nie o 15. Żyć nie umierać!

Z tego też powodu myślę, że ostatni dzień marca to dobry moment na książkowe podsumowanie zimy, czyli krótki opis tego, co wpadło w moje ręce przez ostatnie miesiące.

Ale od razu muszę zaznaczyć, że nie ma tego dużo. Po pierwsze dlatego, że nie jestem zawziętym czytaczem, a po drugie dlatego, że zima była dość intensywna. Dużo rzeczy trzeba było poukładać, przemyśleć, dużo decyzji podjąć. Niemniej cośtam udało mi się przeczytać, zapraszam więc dalej na szybką analize!

* * *

Przepraszam, którędy na Grunwald?

Witkiewicz, M. Grochowska – GPS szczęścia, czyli jak wydostać się z Czarnej D. to książka, którą podrzuciła mi moja mama. Czarna D. to miejscowość, do której – według autorek – każdy z nas czasem trafia, na dłużej bądź krócej. Autorki podzieliły książkę na dwa segmenty, które się przeplatają. Po pierwsze jest to historia dziennikarki, która trafia do Czarnej D. i rozmawia z jej mieszkańcami. Po drugie, jest to kilka słów od coacha.

Książkę czyta się superlekko i superszybko, jest napisana luźnym językiem i ma bardzo fajny przekaz. Bo przecież każdy czasem znajduje się w Czarnej D. Autorki przekonują, że to od nas zależy, jak długo tam zostaniemy.

Ale. Książka jest bardzo przyjemna, ma cudowny przekaz i ideę, ma też pewną wadę – mimo że przeczytałam całą, nadal nie do końca wiem, jak się z tej Czarnej D. wydostać. Autorki pokazują, jak radzą sobie inni, a to nie zawsze jest dobra droga.

Niemniej czas spędzony z tą książką nie był stracony i chętnie do niej wrócę za jakiś czas.

* * *

Lektura GSPu szczęścia zaprowadziła mnie także do podobnego tytułu – Pomóż sobie sam. Psychoterapia zdrowego rozsądku autorstwa Luciena Augera. Czasem lubię sięgnąć po takie psychologiczne drdymały, żeby lepiej zrozumieć, co się dzieje wokół mnie. Ta książka trochę  otworzyła mi oczy. Autor przekonuje, że kryzysowe sytuacje zdarzają się każdemu, bez żadnego wyjątku i że życie nie polega na tym, żeby ich nie było. Ale żeby nauczyć się panować nad emocjami, które wtedy nam towarzyszą. I chociaż ciągle mam problem z przesadnym reagowaniem i z popadaniem ze skrajności w skrajność – ta książka naprawdę pomogła mi lepiej zrozumieć, na czym polega świat.

Brzmi to strasznie. Ale faktycznie ta książka okazała się fajną przygodą. I nie jest takim typowym naukowym bełkotem. Autor chyba wiedział, że będą ją czytać zwykli ludzie, nie doktoranci z zakresu psychologii.

* * *

Sumimasen, ja nie ponimaju

Murakami, Po zmierzchuto jest całkiem długa historia i mój duży błąd. Kiedy jeszcze
studiowałam japonistykę, pomyślałam, że Murakamiego po prostu trzeba znać.  Bo to taki japoński klasyk w Polsce. A przynajmniej te kilka lat temu był. Teraz już może są inni piszące skośnoocy, popularni w Polsce.

Nie wiem, staram się unikać.

Błąd jaki zrobiłam na początku mojej japońskiej drogi to kupienie przynajmniej sześciu książek Murakamiego. Które będę musiała przeczytać albo sprzedać.

Ale znasz mnie. Nigdy niczego nie sprzedałam. Trzymam na strychu swoje śpioszki. Nie żeby miałyby mi jeszcze kiedyś być potrzebne – dla kotów robią takie z dziurą na ogon.

I teraz będzie plot twist – Po zmierzchu zaczęłam czytać dobre cztery lata temu. I dopiero dzisiaj, Anno domini 2019, trafia do serii „przeczytane”.

W tej książce ciekawy jest tylko zarys fabularny – piękna i popularna w szkole dziewczyna, w której wszyscy się kochają (ależ to spłycam), zapada w śpiączkę, a jej trochę brzydsza i zakochana w książkach siostra z jednej strony się cieszy, ale z drugiej – no nie wypada jej. Postanawia całą noc szwendać się bez celu po mieście, aż trafia na znajomego ze szkoły. I zaczynają rozmawiać.

I rozmawiają.

I rozmawiają.

I rozmawiają.

A potem rozmawiają.

Jedynym zwrotem akcji jest zmiana lokalu na inny. I o ile Mindhunter, House of Cards czy The crown też są przegadane, o tyle czytając książkę trudno jest wstać i zacząć składać pranie, żeby się czymś zająć. Do tego sposób prowadzenia narracji przez Murakamiego to coś, do czego trzeba się przekonać. A tego jeszcze nie zrobiłam.

Na pewno jeszcze sięgnę po coś jego autorstwa. Mam tego za dużo w domu, żebym nie sięgnęła. Ale czy to będzie przygoda mojego życia?

Tyś jest gryfno dziołcha, przaja Ci!

I na koniec znów polski akcent, ale już fabuła zamiast poradnikowego bredzenia o niczym. Ballada o pewnej panience Twardocha to zbiór opowiadań, które pan Szczepan nakreślił na różnych etapach swojej twórczości. I to widać. I to jest piękne. Opowiadań jest około ośmiu, są różnej długości, ale co najlepsze – bardziej lub mniej abstrakcyjne. Są takie historie, które mogłyby się zdarzyć każdemu z nas, ale też surrealistyczne wizje i alterświaty, którego zwykły mózg nie ogarnie. Jest też trochę psychologii i to co kocham u Twardocha – trochę germanizacji i śląskiego. I trochę ciętego języka, którego może nawet jest trochę za dużo.

Niektóre opowiadania czyta się lepiej, przez inne trzeba brnąć. Pierwsze zachęca do dalszego czytania, ostatnie potwierdza, że to była dobra decyzja.

* * *

Mam nadzieję, że wiosna będzie sprzyjać czytelnictwu i trochę się poprawię, chociaż moim celem nigdy nie były te wyzwania w stylu jedna książka na tydzień. Bądźmy ludźmi, nawet mieszkając z rodzicami nie miałam czasu trzymać takiego tempa.

A na Twojej zimowej liście co się znalazło?