Cennik – frontem do klienta proszę!

W dużych miastach, zwłaszcza w ich turystycznych częściach, jeśli trafiamy na restauracje, to po pierwsze są one drogie, a po drugie – menu wystawione jest przed lokalem, żebyśmy mogli od razu ocenić czy jest drogo i oszczędzić sobie ewentualnego wstydu w środku.

I to jest bardzo dobra postawa społeczna. Wystawianie menu wraz z cenami jest dobrym zabiegiem marketingowym. Dzięki temu do restauracji wchodzą w zasadzie tylko ludzie, którzy są gotowi ten gruby hajs w niej zostawić, nie przypadkowi poszukiwacze schabowego, flaczków i browarka na happy hours.

Przy okazji polecam Ci też mój wpis o restauracjach w Gdańsku, w których warto zjeść. Może akurat wybierasz się nad morze w najbliższym czasie. Pogoda ostatnio coraz lepsza.

Restauracje potrafią. A co z resztą usług?

Bardzo rzadko zdarza się, żeby przykładowo salon fryzjerski albo kosmetyczny oferował zapoznanie się z ceną przed oddaniem głowy pod sprawne (lub nie) dłonie stylisty. Przecież to przydatna funkcja. Oszczędza czas, wstyd i pieniądze.

Dlaczego więc cenniki nie wiszą na witrynach?

W salonach fryzjerskich przeważnie stoją gdzieś przy recepcji. W tym samym miejscu, w którym siedzi recepcjonista, którego możesz o cenę po prostu zapytać. Informacje o rodzaju i cenach usług nigdy nie wiszą gdzieś na witrynach. Dlaczego?

Przecież jak już wejdziesz i gapisz się na cennik, a człowiek siedzący na recepcji gapi się na Ciebie, w końcu zapyta, czy potrzebujesz pomocy. I zrobi to szybciej, niż myślisz, bo w teorii po to tam siedzi, żeby udzielać Ci informacji.

I co powiesz? „Nie, dziękuje, wszystko tu jest napisane, jesteś bezużyteczny”?

Cennik top secret

Nie zawsze przecież wchodzisz do salonu, żeby umówić się na wizytę. Czasem potrzebujesz tylko sprawdzić cennik, żeby wiedzieć, jak długo musiałbyś nie jeść, żeby zafundować sobie piękny flamboyage w kolorze rozlanej benzyny. Albo ile bąbelkowych uśmiechów musiałbyś oddać.

Przecież takie informacje są w sieci

To prawda. Ale nie zawsze. Czasem Internety milczą albo dają Ci w twarz formułką „cena uzależniona od długości włosów.

Rozmiar jednak ma znaczenie.

I nie podają przy tym nawet zakresu cenowego od–do. Nic.

Nawet jak już wejdziesz i zobaczysz na cenniku równowartość średniej jakości odkurzacza, najczęściej chcesz po prostu zdezerterować. A człowiek przy recepcji nadal drąży, żeby poznać Twoje fryzjerskie pragnienia. A Ty musisz udawać, że interesuje Cię oddanie nerki w zamian za trzy dozy rozjaśniacza, trochę wody i sprawne dłonie młodszego stylisty.

I co wtedy robisz?

Zazwyczaj mówisz „nie, dziękuje, jeszcze się zastanowię”. A przecież recepcjoniści nie są durni. Oni zawsze wiedzą, że wcale nad niczym się nie zastanowisz. Więc po co fundować klientom te kilka niezręcznych minut wstydu?

Recepcjonista to jeszcze pół biedy. Ale czasem łapie Cię jakiś super hair designer i zaprasza na konsultację. Sadza Cię na fotelu, dokładnie Cie obserwuje, bada wszystkie włosowe grzeszki, ustala plan działania i zapraszam do recepcjonisty, żeby Cię umówił.

Chcesz uciec, ale nie do końca możesz, bo zaraz przy wejściu siedzi recepcjonista, który przed chwilą podsłuchał, że ma cię umówić na kompleksową usługę mycie – czesanie –wyciąganie wszy – farbowanie – jeszcze jedno mycie – odżywka – glazurowanie – kolejne mycie – suszenie – modelowanie – przypięcie gumowego tulipana.

Z deszczu pod rynnę

Mam nadzieję, że to nie są tylko moje przemyślenia. Że nie tylko mnie nie fascynuje płatność nerką. W końcu mam tylko dwie. A włosy trzeba ogarniać trochę częściej.

Skupiłam się na włosach głównie dlatego, że ostatnio to nimi jestem zajęta. A ceny w salonach kosmetycznych znam i wiem, że na fryzjera stać mnie częściej.

Podzielasz moje zdanie, czy uważasz, że nie ma co oszczędzać na pięknie?

Jeśli podoba Ci się mój blog, zapraszam też na moje social media – Facebook i Instagram. Tam na bieżąco wrzucam nowe treści.