We are all insane
Popkultura

Joker. Wszyscy jesteśmy szaleńcami

Od czasu współpracy z Redaktorem nie pisałam niczego o filmach. Chyba nie do końca dobrze czuję się w recenzowaniu popkultury. Nie umiem w ten sposób patrzeć na ruchy kamery, grę aktorską czy logikę rysu fabularnego albo stopień głupoty głównych bohaterów.

Nie umiem też być aż tak subiektywna. Kategorie “podoba mi się” i “nie podoba mi się” są u mnie bardzo płynne i uzależnione od wielu rzeczy. Czasem zobaczę drobną nieścisłość fabularną albo zrozumiem jeden wątek na swój sposób i już mam zaburzony obraz całego filmu.

Tak było w przypadku “Ad Astra” – nie mogę zapomnieć o wojnie na Księżycu. Od razu uznałam, że nie mogę dobrze ocenić filmu, który mówi o tym, że po zniszczeniu bronią palną Ziemi wyruszyliśmy na militarny podbój kosmosu. A wcześniej ten kosmos zabetonowaliśmy. I mimo że film był całkiem spoko, nie mogę o tym zapomnieć.

Ale do rzeczy – o co mi chodzi?

Żeby mieć jakieś konkretne zdanie o jakimś filmie, całość jego wykonania musi kopnąć mnie w jajca.

Joker to zrobił, dlatego nie mogę oprzeć się odłożeniu kontynuacji mojej włoskiej przygody, żeby trochę sobie pogadać.

Jestem akurat świeżo po seansie, dlatego chcę jak najszybciej wypluć wszystko, co się podczas tych dwóch godzin uzbierało pod czaszką, żeby nie zdążyć ochłonąć.

Dlaczego takie wrażenie zrobił na mnie nowy film o zabójczo nieśmiesznym komiku? Co takiego miał w sobie, że znowu zdarłam hybrydy z paznokci? I jaka w tym wszystkim jest rola mojego zamiłowania do medycyny i psychologii?

Joker – historia o każdym z nas

Joker, choć jest filmem o komiku, opowiada naprawdę smutną historię. Smutną na wielu płaszczyznach. W ogóle mam wrażenie, że ludzie, którzy na co dzień zajmują się śmieszkowaniem, prywatnie są strasznymi bucami, pozbawionymi poczucia humoru i chęci do współistnienia z ludźmi.

Profil psychologiczny głównego bohatera jest zarysowany lepiej niż plan budowy mojego bloku. Wszystko tam się zgadza i to właśnie dlatego ten film tak bardzo dał mi w twarz.

Dramat prostego człowieka, który – jakby mu było mało problemów osobistych – cierpi na raczej niespotykane zaburzenie neurologiczne, równie fascynujące, co przerażające. Niekontrolowane napady śmiechu, profesjonalne zwane nietrzymaniem afektu, których z jakiegoś powodu brakuje w poprzednich filmach o Batmanie i Jokerze, są czymś więcej, niż zaburzeniem psychoneurologicznym. Nie wiem, czy istnieje takie pojęcie, ale tu pasuje.

Wyobraź sobie, że widzisz taką osobę na ulicy. Siedzi na ławce i nagle zaczyna się śmiać. Co sobie myślisz? Co robisz? Nawet, jeśli pokaże Ci zaświadczenie o chorobie, uciekasz. To pierwsza reakcja organizmu. Znajdujesz się w sytuacji, której nie znasz i Twój mózg świadomie próbuje się od tego odsunąć.

Tak robią wszyscy. Dlatego Joker to film o człowieku, który był bardziej samotny, niż ktokolwiek może sobie to wyobrazić. Zwłaszcza w mieście, które nie toleruje dziwadeł. W czasach, w których dziwadła są niemal nielegalne. Świetnie obrazuje to jedna z pierwszych scen. Oczywiście ja też nie znoszę klaunów. Ale żadnemu nie zrobiłabym krzywdy. Pod tym żenującym makijażem zawsze jest człowiek. I jakaś historia.

W tym filmie nie ma Jokera. W tym filmie jest Arthur Fleck. Paradoksalnie bardzo zwykły człowiek. Któremu nikt nie zdążył pomóc. Wytłumaczyć pewnych rzeczy. Naprawić sposobu, w jaki postrzega rzeczywistość.

Nie jestem fanem pozbawiania ludzi przyznanej im dawno temu wolności. Ale gdyby nasz antagonista odpowiednio wcześnie zamieszkał w Arkham, Batman byłby niepotrzebny.

Fleck jest taki jak my

Chciał akceptacji. Sukcesu. Lepszej sytuacji materialnej dla siebie i matki. Dwubiegunowość jego zachowania była silnie zakorzeniona w potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem, która zderzała się boleśnie z odrzuceniem. Widzę ten film jako historię człowieka borykającego się z pewną dysfunkcją. I dlatego ten film jest smutny. Bo ten człowiek, jakkolwiek zły nie byłby później, wówczas potrzebował choć jednego człowieka, który go zrozumie. Którego być może później by zabił. Albo nie. Ryzyk-fizyk. 

Scena, kiedy ogląda swoją twarz na ekranie telewizora, gdyby zdarzyła się Tobie, uderzyłaby Cię w twarz tak samo. Nikt nie lubi być wyśmiewany. Nawet jeśli masz duży dystans do siebie. W środku wszystko boli nas tak samo.

Własny świat Jokera

Skłonność Arthura do konfabulacji zapędza widza w ślepą pułapkę logiczną. W pewnym momencie nie wiedziałam, co jest prawdą, a co nie. Zaczęłam się czuć, jakbym sama miała jakieś problemy. I dlatego ten film był taki dobry i tak mocno dał mi w twarz.

Mój K. dziwił się, dlaczego zaszkliły mi się oczy podczas sceny, w której Joker tańczy w toalecie po dokonaniu pierwszej dużej zbrodni w swoim życiu. Pewnie myślał (mój K.), że to PMS i pewnie trochę tak było. Ale gdzieś głęboko jest też drugie dno.

Taniec ma niezwykłą, oczyszczającą moc. Pewnie o tym nie wiesz, jeśli nigdy nie traktowałeś go jako alternatywy dla rzucenia wszystkiego i wyjechania w Bieszczady. Ale jeśli biegasz, jeździsz rowerem, medytujesz albo walisz w worek treningowy, żeby rozładować napięcie dnia codziennego – to jest mniej więcej to samo. Ta sama terapeutyczna siła.

Nie wiem, dlaczego, ale zobaczyłam w tej scenie piękno. Wiem, że jego taniec miał zupełnie inny wydźwięk i symbolizował zupełnie coś innego. Ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że była w nim emocja, którą znam.

Nie to, żebym kiedykolwiek zrobiła komuś krzywdę.

Sposób, w jaki Joker powoli zatraca się w swoim zepsuciu, przypomina mi trochę motyw z Breaking Bad albo Death Note. Głównych bohaterów łączy coś bardzo szczególnego – każdy z nich od początku swojej drogi miał dobre zamiary. Tylko z czasem powoli zaczęli zatracać się w swoim poczuciu spełnienia. Albo chcieć coraz więcej i więcej.

 

Joker makeup

Dlaczego Joker trochę mnie przeraża

Chyba właśnie dlatego, że widzę w nim trochę siebie. I każdego z nas. Nie to, żebym miała jakieś poważne zaburzenia psychoneurologiczne albo dysfunkcję emocjonalną. Ale wszyscy jesteśmy trochę szaleńcami. Mniej lub bardziej, ale każdy z nas ma w sobie jakąś cząstkę Jokera. Jedni chcą być docenieni, innych samotność wyżera jak toczeń, jeszcze inni żyją oderwani od rzeczywistości (mówi się o nich “artyści”).

I to trochę straszne, bo tak patrząc sobie, jak drobne zaburzenie neurologiczne zmieniło się w niemożliwą do opanowania radość z mordu, czuję się zagrożona. I mam nadzieję, że Ty też. Bo to było drugie dno tej fabuły. Pamiętasz mój wpis o czarnych charakterach? Tutaj schemat jest ten sam. Triumf Jokera to triumf zła. Któremu przez cały ten czas kibicowaliśmy. Świadomie bądź nie.