Wakacje we Włoszech to spora przygoda
Miejsca

Pescara i Montesilvano. Historia jednej wycieczki

Samolot relacji Kraków-Pescara, stojący na hektarach gołego betonu, przyprawia mnie o mdłości. Pierwszy lot jest prawie tak stresującym doświadczeniem, jak egzamin wstępny na krakowską ASP. Z tą różnicą, że do samolotu ostatecznie się dostałam. Wakacje we Włoszech nigdy nie były na mojej liście miejsc do odwiedzenia, ale gdzieś w środku cieszyłam się na kilkudniowy urlop w relatywnie ciepłym kraju.

Mój K. dzielnie walczy o to, żebym przestała wizualizować sobie wszelkiego rodzaju katastrofy powietrzne. Przecież do startu jeszcze kilka godzin, w takim tempie istnieje ryzyko, że skończę się, zanim w ogóle otworzą gate.

Czek in, czyli kilka godzin na lotnisku

Siadamy na jednym ze szpitalnych krzesełek i oczekujemy. W międzyczasie opychamy się wszystkim, co mamy w torbach, żeby w razie czego mieć czym rzygać. Strasznie dużo ludzi przewija się przez lotnisko w ciągu tych kilku godzin. Każdy w innym kierunku. Duża liczba osób kłębi się pod gatem do holenderskiego Eindhoven. Zastanawiam się, jaki procent z nich jedzie przewalać tam boczek, żeby zarobić na własne mieszkanie.

Bardzo dużo ludzi na dźwięk komunikatu z megafonu biegnie w stronę gate’u do Warszawki. Trochę mnie to dziwi, bo prawdopodobnie spędzili na Balicach dużo więcej czasu, niż mieliby spędzić w autobusie do stolicy. I na pewno wydali znacznie więcej hajsu. No, chyba że to lot na firmę. Wszyscy wiemy, jakie branie faktur jest przyjemne.

Paranoik on board

Chora robię się już przy gejcie. A co, jeśli nie wsiądziemy? Albo nie daj Boże wsiądziemy? W końcu zajmujemy miejsce i zaczynamy imprezę. Samolot powoli zmierza w stronę pasa startowego i mam szczerą nadzieję, że tak już będzie do końca. Jak w reklamie t-mobile.

Niestety, nagle wbija mnie w fotel. W międzyczasie rozbieram się  ze wszystkiego, co mam, żeby się przypadkiem nie udusić. Kiedy nabieramy niebezpiecznej prędkości, zaczynam hiperwentylować i mój K. musi pokazywać mi śmieszne koty w telefonie, żebym się troszkę ogarnęła.

Znajomy, który niedawno był w Szkocji, wiedząc o moim lęku wysokości, polecił mi pod żadnym pozorem nie gapić się przez okno. Mam to na uwadze, kiedy czuję, jak ogromna winda wiezie mnie na wysokość Rysów. Ale myślę sobie “no przecież nie mogę umrzeć w katastrofie lotniczej i nie wiedzieć, jak wygląda świat z góry”.

Wbita w moje twarde krzesełko, z bakerollsami podchodzącymi do gardła i workiem do rzygania w ręce, zerkam przez okno i przepadam.

Podczas kiedy mój K. zwiesza głowę nad telefonem, ja całą drogę jestem przyklejona do maluczkiego okna Ryanaira.

 

Włoski face punch

Na mikrolotnisko w Pescarze docieramy późnym popołudniem, ale do hotelu w Montesilvano przyjeżdżamy grubo po 21. Okazuje się, że akurat TEGO KONKRETNEGO DNIA kierowcy autobusów strajkują i prawie żaden autobus nie jedzie, a już na pewno nie do miejscowości obok.

To tak, jakby nagle kierowcy z Kato stwierdzili, że oni to w sumie nie chcą już jeździć do Chorzowa. Kij z ludźmi.

Na parkingu przy lotnisku na szczęście (albo nieszczęście) stoją taksówki, a obok nich tabliczka z nazwą naszego hotelu. Idziemy więc do jednego z samochodów i pytamy kierowcę, ile taki sport będzie nas kosztował. Cały czas mamy nadzieję, że ktoś nas zrozumie.

Taksówkarz na szczęście cośtam duka i mówi nam, że to będzie około 30 euro. Niewiele myśląc, pakujemy się do auta, a w międzyczasie pan Fabrizzio mówi, że to nie z nim pojedziemy, tylko z kolegą. Nic z tego nie rozumiem, ale idziemy do kolegi.

Kolega informuje nas, że sześciominutowa podróż wyniesie nas około 25 euro. Po przeliczeniu tego na złotówki, pakujemy się do auta, bardzo głośno płacząc.

Jazda okazuje się nieco dłuższa, niż sześć minut, bo ze wszystkich pasów akurat nasz jest zakorkowany. Kierowca jednak zgrabnie omija wszystkich klaksoniarzy i wbija się na chama na początek kolejki.

Ostatecznie podróż kosztuje nas ponad trzy dychy, ale taksówkach przeprasza nas, że nas okłamał i wyszło drożej, więc czujemy się trochę lepiej.

W Polsce zawieźliby nas obwodnicą i udawali, że to przez przypadek.

Zobacz mój poprzedni wpis o tym, jak wyglądają krótkie wakacje we Włoszech i jakie dziwne rzeczy nas spotkały.

W hotelu wita nas wspaniały pan Andrea, który wygląda trochę jak Lucyfer i ma akcent trochę jak Lucyfer. Bardzo dobrze mówi po angielsku, więc nie mamy problemów z zameldowaniem. Pokój okazuje się całkiem niezły, poza tym, że zamiast kołdry mamy cienki, ale megaciężki koc ze złotymi wzorami.

Idę na recepcję i pytam o dodatkową pościel, ale Andrea jest przekonany, że potrzebne mi drugie łóżko, więc rezygnuję i biorę z szafy jakieś prześcieradło.

W łazience natomiast dowiaduję się, że tam papier toaletowy wychodzi z dozownika, z którego naraz można wziąć tylko dwa listki. Muszę się więc nieźle namachać, żeby uzyskać satysfakcjonującą mnie ilość.

Pierwsza siesta w życiu

Rano okazuje się, że Włochy są całkiem ładne. Postanawiamy pospacerować trochę po Montesilvano i złapać busa do Pescary. Na tym etapie dowiadujemy się, że komunikacja miejska jest tutaj na żądanie i że praktycznie jej nie ma, a jednoprzejazdowy bilet kosztuje nas całe 6 złotych. Boleśnie przekonujemy się też, że biletomat nie wydaje reszty.

W Pescarze jest ładnie, ciepło i bardzo, bardzo klimatycznie. Do czasu, kiedy robimy się głodni. Nasze polskie żołądki pustoszeją około godziny 14, więc idziemy na poszukiwania obiadu. Kompletnie zapominając o sieście. Myśląc, że jest to tylko hiszpańska choroba cywilizacyjna, wędrujemy kolejnymi uliczkami i za nic nie możemy znaleźć nic, co się nadaje do jedzenia. Ani nic, co się do tego nie nadaje.

Miasto jest absolutnie martwe. Po ulicach spacerują jedynie partyzanci, którzy są tak samo zaskoczeni, jak my. W końcu znajdujemy bar typu “jak u mamy”, zamawiamy coś dziwnego na chybił trafił (bo obsługa nie mówi po angielsku) i bierzemy do tego lampkę (a raczej kubek) wina, żeby w razie czego nie umrzeć.

Jedzonko, choć odgrzane w mikroweli, musi nam wystarczyć. I jest całkiem dobre.

Dieta śródziemnomorska to samo zdrowie?

Myśleliśmy, że z Włoch przyjedziemy przynajmniej o połowę chudsi i cztery razy mniej narażeni na miażdżycę. Tymczasem wydaje mi się, że oprócz kawy i butelki wina przywieźliśmy ze sobą także spore złogi cholesterolu.

Pizza, którą mijaliśmy na każdym kroku, przypominała trochę naszą mrożoną Guseppe – gruba, pozbawiona składników, a do tego ociekająca tłuszczem. Cięta wielkimi krawieckimi nożycami i sprzedawana na kawałki. Przez te kilka dni tylko raz zjedliśmy pizzę, która faktycznie była dobra i sprawiała wrażenie całkiem zdrowej.

Dzień później w Rzymie wcale nie jest lepiej. Naprawdę nie mam pojęcia, w jaki sposób o diecie śródziemnomorskiej mówi się, że jest zdrowa. Przecież oni polewają owczy ser oliwą i to jest całe danie. Nawet pesto wydawało mi się bardziej tłuste, niż to z Biedronki.

Włoska architektura urzekła mnie od pierwszego wejrzenia

A skoro już mowa o Rzymie

Tam się trzeba najpierw dostać. Kupiliśmy bilety na 6 rano, żeby mieć cały dzień na zwiedzanie. Ale oczywiście pojawił się kłopot – jak się przenieść z Montesilvano do Pescary i się zbytnio nie spocić?

Z pomocą przyszedł Andrea, który pogrzebał coś w komputerku i poinformował nas, że około godziny 5 rano na dworzec w Pescarze jedzie NIC. Prosimy więc, żeby zamówił nam taksówkę, w myślach już rezygnując z podwójnej porcji rzymskich lodów.

Taksa faktycznie czeka pod hotelem o umówionej godzinie, a ta przyjemność kosztuje nas całe dwie dychy. Była to nasza ostatnia taksa, a więc łącznie wydaliśmy jakieś 200 złotych, żeby przejechać 20 kilometrów.

Gdybym miała to zrobić jeszcze raz, wstałabym godzinę szybciej i poszła na nóżkach. Przynajmniej bym przyspieszyła metabolizm całej tej mozzarelli w bazyliowym oleju.

Moje wielkie rzymskie wakacje

W Rzymie marnujemy mnóstwo czasu, żeby wejść do Koloseum, które niestety niczego nam nie urywa. Idąc w stronę kolejnych zabytków, zaczepia nas rzymianin przebrany za boga miłości. Celuje w nas gumową strzałą, więc musimy przez kilka sekund udawać debili.

Wcale nie mam ochoty na rozmowę z przydrożnym grajkiem, ale pan Amor jest wyjątkowo absorbujący. Od razu pyta, skąd jesteśmy, a słysząc “Poland”, zaczyna recytować wyuczony pewnie 30 lat temu wierszyk:

– Oh, Poland, I know, Lełandołski, Kszsztow Piątek, oh that’s great, I love this, cmon, take a photo.

No to tejkamy photo, bo nawet nie ma jak się wyrwać z jego miłosnego uścisku. Śmieszki heheszki, Mr Amor zasypuje nas wiązanką angielskobrzmiących słów, a swój monolog kończy słowem “twenty”.

Mój K. sięga więc po portfel i dopytuje dla pewności, czy chodzi o “twenty cent”.

– No, no, euro.

Gdybyśmy dysponowali krzesłami, to byśmy z nich spadli. W mieście, w którym dobry obiad kosztuje 7.50, spotkany na ulicy spocony bożek w spódnicy chce od nas 80 ziko? Moja blokada językowa łączy się z niedowierzaniem, więc to mój K. dopytuje kilka razy, czy on nas kidding.

Ale on nas wcale nie kidding, a my nie możemy go przekonać, że twenty to myśmy parę godzin wcześniej wywalili na taksę i że możemy usunąć te zdjęcia z telefonów. Ostatecznie nasz szalony Rzymianin kapituluje i mówi “give me something”. Jestem gotowa rzucić mu centa, ale mój K. jest troche lepiej wychowany i wrzuca do sakiewki całe 8 ziko, czyli studenckiego kebaba.

Dzięki temu nasze wakacje we Włoszech stają się jeszcze bardziej budżetowe i obawiamy się, czy wystarczy nam na pamiątki.

Siła stereotypu

Będąc w Rzymie i starając się wszystko zwiedzić, cały czas myślimy o tych wszystkich znajomych znajomych, których ktoś kiedyś we Włoszech okradł. Dlatego ręce nam odpadają od przytulania toreb, ale dzielnie walczymy o nasz dobytek.

Na obiedzie w prawdziwej włoskiej trattorii dowiadujemy się, że Włosi faktycznie są bardzo głośni. I po raz kolejny boleśnie przekonujemy się, że jedzenie tu jest tłuste jak zawodnik sumo. Ale przynajmniej kosztuje mniej niż zdjęcie ze spoconym bogiem miłości.

Metro jest dla mnie prawdziwym utrapieniem. Piszczące, głośne i rozpadające się wagony ciągną nas w stronę dworca, a wracający akurat ze szkoły (albo zajęć dodatkowych) młodzi Rzymianie urządzają sobie karaoke tuż nad naszymi głowami.

Wakacje we Włoszech i polski akcent

Na dworcu jesteśmy już kompletnie wypompowani. I głodni. Tłuszcz bardzo szybko spłonął na skutek naszej bieganiny, więc musimy znaleźć coś na drogę powrotną. Wpadamy do marketu ukrytego w podwórku i okazuje się, że to sklepik typu multikulti. Znajdujemy tam produkty czeskie, ukraińskie, francuskie, a także polską mielonkę turystyczną, pasztet i budyń śmietankowy. Na koniec okazuje się, że pani przy kasie jest przekonana, że jesteśmy z Rosji i coś do nas dziamboli. Niestety nie wiem co, bo przez całe swoje przygraniczne życie nauczyłam się tylko czytać cyrylicę, niekoniecznie rozumieć.

Wsiadamy do autobusu i natychmiast idziemy w kimę.

Pożegnanie z wakacjami we Włoszech

Włoskie ostatki

Kolejne dni upływają nam pod znakiem słodkiego lenistwa. Już wiemy, że jest siesta i że Włosi nie dbają o prawidłową komunikację miejską, więc jesteśmy najedzeni i ogarnięci, a włoskie wakacje stają się całkiem przyjemne. To znaczy, od początku były. Ale ostatnie dni mijają nam bez fakapów.

Spacerując po uliczkach Pescary i Montesilvano orientuję się, że Włochy to królestwo karczocha. Wcześniej tego nie wiedziałam, więc było to dla mnie spore zaskoczenie. Gdyby się dało, myślę, że zrobiliby z karczocha bezę Pavlova. Na pewno któryś z nich taką zrobił. Dzisiaj ze wszystkiego da się zrobić wszystko.

Ostatniego dnia jesteśmy już bardzo mądrzy i doświadczeni życiowo, tak więc łapiemy autobus i jedziemy na lotnisko. Komunikacja miejska łącznie wyniosła nas okoł 20 euro, czyli tyle, co jeden przejazd taksą.

Przez kolejne kilka godzin pleśniejemy na lotnisku, aż w końcu znowu znajdujemy się w Ryanie, który ma zabrać nas do zimnego Krakowa.

Po przyjeździe do domu nie ma nic lepszego niż schabowy z kiszonym. I zwykła, czarna herbata. I naprawdę nie wierzę, że to mówię.

Więcej włoskich przygód czeka na Ciebie na moim Instagramie i Fanpage’u na FB.