Dekoracje z IKEA
Felietonia

Magia świąt i zakupy w Ikea. O tym, jak prawie zgubiłam szklanki | Z życia wzięte #1

Okres przedświąteczny rządzi się swoimi prawami. Ludzie co prawda są dla siebie milsi, w sklepach jakby taniej, ale przy okazji spora część społeczeństwa jest jakaś dziwnie roztrzepana. Wiecznie gdzieś biegną, wiecznie się spieszą – wszystko na wczoraj, wszystko w biegu. Latają po Ikea, Jysku czy Pepco w poszukiwaniu ozdób, zamawiają ciasta od cukierników i masowo wykupują zestawy kosmetyków.

W tej grupie jestem też ja. Pochłonięta dekorowaniem chałupy i zastanawianiem się, gdzie moja paczka z Ali ze świąteczną sukienką, która już dawno temu zameldowała się w Polskim oddziale pocztowym, wybrałam się na drobne zakupy w poszukiwaniu szczęśliwego ogniska domowego.

Drobne zakupy, dobre żarty. Zawiało mnie na sam koniec miasta, do Ikełki.

Labirynt zła

Wspominałam już kiedyś o tym przy okazji innego wpisu – wielkie markety meblowo-budowlano-dekoracyjne to zawsze złośliwe labirynty, przez które nigdy nie da się przejść w wyznaczonym wcześniej czasie.

Gdyby to tam się odbywał maraton, nikt nie uzyskałby rekordowego czasu.

Moja misja była prosta – wejść po dwie poszewki na poduszki i wyjść z dwiema poszewkami na poduszki. Wsiadłam więc w autobus i na wszelki wypadek postanowiłam sprawdzić też kilka kursów powrotnych. Na wypadek, gdyby dwie poszewki zamieniły się w pół tony szafy, dwa dywaniki z długim włosiem i komplet noży do krojenia warzyw na leczo.

Na żaden nie zdążyłam.

Wchodzę do sklepu i od razu postanawiam, że tym razem nie jadę na górę, tylko od razu walę na dolne piętro. Biorę, co mam brać i uciekam – to mój cel na ten dzień. Zanim jednak skończę układać w głowie ten misterny plan, jestem już na górze. Zaaferowana myśleniem nawet nie zauważyłam, żeby pani stojąca pod schodami oferowała mi torbę na zakupy. Ala nawet gdyby, dobrze, że jej nie wzięłam. Od razu zauważam szklanki w promocji i czerwone serwetki – w sam raz na święta!

Dopiero kiedy zaczynam zastanawiać się, od kiedy kanapy stoją na dole, ogarniam, co narobiłam. Żeby nie wyjść na debila, udaję, że mam straszną ochotę na klopsiki. Idę w stronę food courtu i zjeżdżam z powrotem na dół.

Merry Ikeamass

Od samego wejścia atakują mnie błyszczące obieraczki do warzyw, zaparzacze do herbaty i małe naczynia żaroodporne, w sam raz dla jednej osoby. Wmawiam sobie, że niczego nie potrzebuję i idę w stronę dekoracji, dotykając po drodze tylko czajniczka na herbaty liściaste, trzymajki na serwetki i obrotowej deski do serwowania przekąsek. Tej, na której Gonciarz robił ujęcia 360 stopni.

Szybko łapię poszewki i zaczynam bieg z przeszkodami w kierunku kas. Nie korzystam jednak ze skrótów, bo to by było oszustwo. Idzie mi raczej szybko, zatrzymuje się tylko przy minikomodach, na ramkach do zdjęć, dwa razy przy oświetleniu i sprawdzam cenę zawieszki na drzwi, która mówi o tym, że wszyscy goście muszą być zaakceptowani przez kota.

Na świeczkach spędzam trochę czasu, zastanawiając się, czym najlepiej zastąpię w opór drogie ogrzewanie gazowe w domu i ilu świec bryłowych potrzebuję, żeby zrobić świąteczną atmosferę.

Przez rośliny przechodzę w miarę sprawnie, bo nie stać mnie na ikeowe doniczki ani na tę wielką, piękną palmę, a na inne rzeczy na szczęście nie mam już miejsca. Ale ćwierkanie pod sufitem jest bardzo miłe.

Opowieści z IKEA: Lew, pandamonium i ozdoby świąteczne

Włażę na magazyn samoobsługowy – tam, gdzie trzymają wszystkie pierdoloty związane z grudniem. Zgrabnie omijam pluszowe kotki i kosz pełen pand i zmierzam w kierunku pięknie przyozdobionych wigilijnych stołów.

I nagle odczuwam szaloną potrzebę posiadania WSZSYSTKIEGO. Wszystko jest czerwone, złote, błyszczy się albo wszystko naraz. Czuję, że moje zakupy w Ikea trochę się przedłużą i na pewno obciążą mój przedświąteczny, ukruszony budżet.

W końcu znowu trafiłam na szklanki z promocji. W mieszkaniu zostały nam tylko dwie, reszta tajemniczo obróciła się w proch przy tej czy innej okazji i pewnie jeszcze długo będzie ranić nam bose stopy. Mam wrażenie, że potłuczone szkło jest jak rtęć. Chowa się po kątach i atakuje wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz.

Podejmuję rozsądną decyzję – bardzo potrzebujemy szklanek.

Na koniec łapię jeszcze jakieś pierdoloty typu serwetki czy podstawka pod świeczkę. W ostatniej chwili odkładam sztuczną gwiazdę betlejemską w brzydkiej doniczce i pędzę do kasy. Walczę też ze sobą, żeby nie kupić choinki z pomponem, przecenionej o połowę. Mamy w domu już dwie, zostaw to.

 

Ozdoby świąteczne

Człowiek-pendolino

Okazuje się, że przy kasie siedzi dziewczyna z przypiętą plakietką “uczę się”. Myślę sobie, że spoko, rozumiem stan uczenia się wszystkiego od podstaw i rezerwuję sobie większą ilość czasu. Ludzie przede mną płacą jakąś niewielką końcówkę żołciakami, żeby nie musieć rozmieniać pięćdziesiątki. To też w pełni rozumiem. Rozmienione zawsze łatwiej wydać. Dają monety dziewczynie na rękę, a ona kładzie je na wierzchu kasetki. Potem coś klika na kasie i kasetka się otwiera. Wszystkie drobniaczki zsuwają się i głośno odbijają się od podłogi. Część zostaje za kasetką.

Dziewczyna przeprasza, ale wszyscy w kolejce doskonale ją rozumiemy i nikt nie ma niepotrzebnych januszopretensji. W końcu przychodzi moja kolej. Kasjerka na wszelki wypadek pyta mnie, czym będę płacić i widzę ogromną ulgę na jej twarzy, kiedy mówię, że kartą. Obie robimy wszystko, żeby tym razem proces przebiegł w miarę sprawnie.

Wszystko idzie dobrze do czasu, kiedy informuję, że jestem upoważniona do zniżki pracowniczej i macham świstkiem papieru. Dziewczyna mówi, że zdarza jej się to pierwszy raz i dzwoni do kogoś, kto już ma doświadczenie z takimi jak ja. Od razu wyjmuję dowód, bo pamiętam, że to było konieczne. Tym razem okazuje się zbędne, bo pracownica jest bardziej zajęta tłumaczeniem świeżakowi, co i jak, niż sprawdzaniem, czy się za kogoś nie podszywam.

Płacę, a chowając kartę, widzę, że na ladzie leży karta Ikea. Podnoszę ją od razu, mówię “oo, moja karta”, zerkam tylko pobieżnie, że imię zaczyna się na K. i ładuję ją do portfela. W tym samym czasie słyszę, jak chłopak obok mnie woła, że to jego. Mam ochotę walnąć się w czoło, przepraszam i oddaję własność. Dziewczyna obok niego się uśmiecha.

Gdy się człowiek spieszy, to się ochroniarz cieszy

Mam ochotę już biec, bo przypomina mi się, że mam ochotę na klopsiki i że już późno, a ja ciągle w zawodowej dupie, ale pani woła za mną, że trzeba jeszcze podpisać paragon. Szybko to załatwiam i biegnę w stronę schodów na górę. I znowu słyszę wołanie. Myślę sobie “kurde co znowu”. Odwracam się. Dziewczyna, która stała obok właściciela karty macha na mnie i pokazuje coś na ladzie. I wtedy ogarniam, że jest mi podejrzanie lekko, a dopiero co kupiłam komplet szklanek.

Teraz już naprawdę walę się w łeb i biegnę z powrotem. W międzyczasie pochodzi ochroniarz i mówi, że jak ja tego nie chcę, to on chętnie weźmie. Pewnie, też bym chciała szklanki i serwetki, za które zapłacił ktoś inny.

Bełkoczę coś o magii świąt, dziękuję dziewczynie, która mnie zawołała i odchodzę z uśmiechem.

A dziewczyna była bardzo ładna. Jeśli to czytasz, pozdrawiam Cię! I Ciebie, droga kasjerko – Dominiko – też!

Magia świąt w Ikea

Koniec końców, klopsika nie kupiłam, bo okazało się, że mam już całkiem niedużo czasu do autobusu, więc zadowoliłam się wege hotdogiem, o którym nikt mi nie powiedział, że ma w sobie musztardę. Tak wypalonej japy nie miałam od czasu kiedy w szkole mieliśmy zawody na to, kto zje więcej kruszków z ostrych Laysów. Chociaż nie. Chyba ktoś później wcisnął mi jakiś kit, że w burgerze są normalne papryczki, podczas kiedy prawda okazała się bardziej bolesna.

Podsumowując, moja wycieczka po poszewki skończyła się inaczej, niż planowałam. Niemniej jednak jestem pełna pozytywnych wrażeń i teraz jeszcze bardziej czekam na święta. I na to, co jeszcze się wydarzy na drodze między mną a końcem roku.

* * * *

W tym roku nie ma Blogmas. Uznałam, że wrzucanie wpisów codziennie nie ma sensu, a w pisaniu raz na tydzień brakuje tej magii. Wszelkie perypetie związane z przygotowaniami do świąt będą pojawiać się na Instagramie, Facebooku, a także tutaj – w formie takich opowiastek, zestawień i podsumowań. Stay tuned!