kosmetyki drogeryjne
Kosmetyki

Kosmetyki drogeryjne. Moje ulubione typy – Babski Kącik #4

Zazwyczaj rzadko kupuję kosmetyki drogeryjne. Takie, wiesz, dostępne wszędzie, zawsze, o każdej porze. Zwykle wybieram produkty organiczne, naturalne, dostępne w zielarniach albo w sklepach typu Triny. Albo szukam tych aptecznych. Te drogeryjne często mają bardzo przypadkowy skład, a tego nie lubi moja wymagająca do granic możliwości japa.

Ale oczywiście czasem daję się ponieść ładnym opakowaniom, zapewnieniom producenta albo po prostu promce w Rosie. Albo mam jakiś nóż na gardle i potrzebuję kupić coś natychmiast, a nie zawsze mam ochotę na szperanie po zielarniach albo specjalnych wyspach w galeriach. Albo nie ma ich w pobliżu. I wtedy okazuje się, że kosmetyki drogeryjne nie zawsze są złe. I właśnie dzisiaj będzie o tym. Przed Tobą kolejna część Babskiego Kącika, w sam raz na dzień kobiet.

Moje ulubione kosmetyki drogeryjne

Żeby nie było, nie siedzę wiecznie w sieci w poszukiwaniu nowych albo sprawdzonych kosmetyków. Zakupy przez internet robię ultrarzadko, bo nie przepadam za płaceniem za przesyłkę. Często zdarza mi się zajrzeć do Rosa czy jakiejś innej drogerii. Zwykle szukam tam działów z kosmetykami naturalnymi – najlepszy jest zdecydowanie w Hebe, chociaż inne sklepy zaczynają go ścigać. DO drogerii wchodzę najczęściej po kolorówkę, rzadziej po pielęgnację. Niemniej znalazłam coś w każdej kategorii.

Kolorówka z drogerii

Kosmetyki do makijażu zwykle kupuję właśnie w Rossmannie, Sekrecie Urody czy Hebe. Naturalne, organiczne wersje często nie radzą sobie z moimi wymaganiami. Kolorówka z perfumerii za to często ma wyższe ceny, niż to jest tego warte. Podkładu ze Smashboxa miałam używać na wielkie wyjścia, żebym nie żałowała tych 150 złotych, a nakładam go codziennie do pracy, żeby w miarę szybko się skończył. Do perfumerii wchodzę po paletki, fixery, tusze i linery, czasem też akcesoria i pielęgnację. Ale wróćmy do drogerii.

Jeśli chodzi o rzeczy ogólnodostępne, jestem wielką fanką marki Bourjois. Rzadko coś mnie tam rozczarowuje. Kocham ich 123 Perfect krem CC, znany wszystkim Healthy Mix, róże do policzków i pomadki z serii Velvet. Moim ostatnim odkryciem jest podkład Always Fabulous i muszę przyznać, że to nie była miłość od pierwszego nałożenia. Na początku wydawał mi się tępy i smużący. Koniec końców winny okazał się flat top. Kiedy przerzuciłam się na gąbeczkę, wszystkie moje koszmary minęły. Teraz to on jest na wielkie wyjścia.

kosmetyki drogeryjne do twarzy

Jeśli chodzi o róż do policzków, ostatnimi czasy namiętnie zdradzam go z produktem z serii AA Wings of Color. Lubię jego wykończenie i to, że bardzo trudno zrobić sobie z nim plamę. Złapałam go na promce w Rosie, ale polowałam na zupełnie inny kolor, ten bardziej pomarańczowy. Ostatecznie trafiłam na przygaszony róż i jestem całkiem zadowolona. Dobrze miesza się z bronzerami i rozświetlaczami.

Makijaż oczu prosto z drogerii

Na tej samej promce (to było wtedy, kiedy okazało się, że karty podarunkowe nie mogą być metodą płatności i kupa hajsu z gwiazdki poszła na żarcie dla kota) złapałam eyeliner Eveline Precise Brush. Osławiony na YouTube i na blogosferze, ale przede wszystkim polecany przez moją przyjaciółkę. Nie jestem jakaś szczególnie uzdolniona jeśli chodzi o robienie kresek, ale muszę przyznać, że ten gość dobrze sobie radzi nawet na mojej opadającej powiece. Na drugiej też. Chociaż na tej drugiej zawsze wychodzi trochę inaczej. Od kiedy go kupiłam minął już prawie rok, a on chyba nie zamierza zaschnąć ani w żaden inny sposób mnie rozczarować.

Tak samo jak znany i lubiany tusz Maybelline z serii Colossal. Moja przyjaciółka twierdzi, że musi kupować nowy co 2-3 miesiące. Moje spokojnie wytrzymują nawet rok i absolutnie nic się z nimi nie dzieje. Nie wysychają ani się nie kończą. A używam ich prawie codziennie, serio.

Bazy pod makijaż to trudny temat. Zazwyczaj szukam ich w perfumeriach i płacę grube miliony, żeby trzymały moją japę w ryzach. Ale mgiełka Bielenda Magic Water ma w sobie to coś. Oprócz polecenia od loveandgreatshoes. Lubię ją, bo rozświetla twarz i sprawia, że makijaż lepiej się trzyma. I dobrze sobie radzi z podkładem ze Smashboxa, który sam w sobie jest raczej tępy w nakładaniu.

Kosmetyki drogeryjne do pielęgnacji

Kiedy już sięgam po rzeczy drogeryjne, żeby sprzedać je mojej twarzy czy ciału, muszą mieć w sobie to coś. I być relatywnie bezpieczne. Wiesz, wielcy producenci, którzy oferują swoje kosmetyki za całkiem niewielkie pieniądze, często nie przykładają zbyt wielkiej wagi do składu i użytych półproduktów. Ale czasami zdarzają się perełki.

Na początek mały disclaimer. Będąc w domu rodzinnym, postanowiłam, że zrobię zdjęcia kosmetyków, których tam używam i przez przypadek wrzuciłam tam też tonik z Vianka. Potem uznałam, że jego dostępność jest mniejsza, niemniej w małych sklepach kosmetycznych naturalne marki czasem się zdarzają. Dlatego pomyślałam, że wspomnę też szybko o nim, bo naprawdę go lubię. Szybko się wchłania, ładnie pachnie i generalnie służy mojej cerze jak żaden inny.

Pielęgnacja twarzy

Tak było w przypadku dwufazowego płynu do demakijażu Nivea. Kupiłam go przez przypadek, kiedy przeterminowały mi się wszystkie micele i olejki w domu rodzinnym, a Cetaphilu miałam dość nawet używając go kilka razy w miesiącu. Długo szukałam w internecie, co z Rossa nie zrobi mi krzywdy i trafiłam na ten płyn. I okazało się, że jest lepszy niż wszystkie moje olejki. Jedyną jego wadą są waciki, których trzeba używać, dlatego stwierdziłam, że będę go trzymać tylko w domu rodzinnym. Płyn szybko i dokładnie zmywa makijaż, a przy tym nie pozostawia po sobie lepkiej, irytującej warstwy, a bardziej coś, co przypomina satynowe wykończenie. Jest też niewielki, więc super się sprawdzi na wyjazdach albo właśnie w domach rodzinnych. Nie musisz już zabierać ze sobą całej łazienki ani bać się, że coś się przeterminuje od nieużywania.

Z tego samego powodu kupiłam żel do twarzy Lirene Dermoprogram w wersji różowej. I okazał się całkiem spoko. Nie wysusza i przede wszystkim nie wysypuje mojej cery. Ma kremową konsystencję i trzeba się trochę namachać, żeby go spienić, ale uważam, że to jeden z najlepszych kosmetyków myjących z drogerii.

kosmetyki drogeryjne do twarzy

Uwielbiam płyn micelarny z Dermedic. Niestety najczęściej mam lepsze sposoby na wydanie 50 złotych i cierpliwie czekam na promki w Hebe albo Superpharm. Do tego czasu muszę mieć w domu jakieś alterrozwiązanie. Co prawda z reguły używam olejku z Nacomi i ścierki bambusowej, o której pisałam we wpisie o ekopielęgnacji, jednak czasem mam taki dzień, że nie chce mi się babrać w tej całej ceregieli. Chcę po prostu szybko zdjąć szpachlę i paść na wyrko. Wtedy pomaga mi płyn micelarny Bielenda Botanic Formula. W ogóle ze wszystkich marek drogeryjnych tę lubię chyba najbardziej i często po nią sięgam. Micel dobrze usuwa niezbyt wymagający makijaż (wodoodpornemu trzeba poświęcić trochę więcej czasu i wacików) i nie zostawia lepkiej warstwy, na którą jestem niemal uczulona.

Kosmetyki drogeryjne do włosów

Jeśli chodzi o czerep, o wiele łatwiej znaleźć coś genialnego w drogeriach, niż gdziekolwiek indziej. Naturalne szampony czy odżywki zwykle nie dogadują się najlepiej z moimi włosami ani skórą głowy. A po te apteczne nie mam po co sięgać, dlatego to właśnie wszelkiego rodzaju Rossmanny i Sekrety urody są moim sprzymierzeńcem.

W kwestii włosów szczególnie ukochałam sobie serię Tresemme. Można ją dostać w Rosie i niektórych małych drogeriach (widziałam ją chyba w Jaśminie). Poznałam ją dzięki Natalii z bloga Blondhaircare i pokochałam od pierwszego użycia. Szampony dobrze oczyszczają, a jednocześnie nie są jakoś szalenie agresywne dla skalpu, odżywki natychmiast sprawiają wrażenie, jakby moje włosy były zdrowe, a maski świetnie radzą sobie z domowym farbowaniem czy intensywnym prostowaniem.

Jeśli chodzi o odżywki i maski, uwielbiam też wszystkie kosmetyki Garniera, Dove i Nivea. Szczególnie serie Goodbye Damadge, Superfood i Hairmilk. Z całego serca polecam też linię 3 minutes miracle od Pantene. Genialnie sprawdzają się na moich zniszczonych i puszących się jak miotła włosach.

kosmetyki drogeryjne do włosów

Moim ostatnim odkryciem jest mgiełka do blond włosów od Marion, ale szczerze mówiąc nie wiem, gdzie dokładnie można ją dostać. Pewnie w jakichś małych drogeriach. Ja wylicytowałam swoją na aukcji dla zwierząt i już po pierwszym użyciu wiedziałam, że to dobrze wydane pieniądze. To znaczy od początku były dobrze wydane, ale cieszę się, że korzyść jest obustronna.

Dłonie i stopy z drogerii

Moje stopy są chyba najrzadziej odwiedzaną częścią mojego ciała. Nie przywiązuję do nich szczególnej wagi, bo i tak rzadko pokazuję je światu. Z jakiegoś powodu nie znoszę stóp i nawet latem chowam je w zabudowanych butach. Ale latem warto o nie zadbać i wtedy z pomocą przychodzi złuszczająca maska od L’biotica. Wystarczy godzina siedzenia w bezruchu a potem kilka dni zdzierania skóry z pięt i palców, a efekty są niesamowite.

Jeśli chodzi o dłonie, moim sprzymierzeńcem w walce z przesuszoną, bolesną skórą jest krem z Dermedic, ale na co dzień chętnie sięgam po szybkowchłaniający się krem Neutrogena. Bardzo często takie drogeryjne kosmetyki po prostu są dla nie bolesne – po ich nałożeniu skóra mnie piecze i niewiele rzeczy może się na niej znajdować.

Na co dzień na paznokciach noszę hybrydy, ale raz na jakiś czas potrzebuję przerwy i wtedy moim najlepszym przyjacielem staje się odżywka Sally Hansen Maximum Growth. Szybko zasycha i dobrze się trzyma na moich paznokciach-sadystach, z których wszystko odpada.

A co Ty najbardziej lubisz kupować w drogeriach?