Minimalizm w łazience
Eko i minimalizm

Minimalizm w łazience: wielkie kosmetyczne denko

W ostatnim czasie postanowiłam, że pora zacząć zużywać kosmetyki, zamiast kupować ciągle nowe. I konsekwentnie kupowałam tylko to, czego faktycznie potrzebowałam. W przypadku kosmetyków kolorowych to był pikuś. W sensie nie kupuję tego, czego nie potrzebuję. Mam tyle różnych palet, podkładów i innych niepotrzebnych rzeczy, że chyba nie kupię nic przez kolejne pół roku. Ale minimalizm w łazience okazał się sporym wyzwaniem.

Nawet nie wiedziałam, że zużywanie tego, co już mam, będzie takie trudne. Bo wyszło na jaw, że mam mnóstwo kosmetyków, których albo nigdy nie dam rady wykorzystać (ta jak np. 3 butelek przeterminowanego oleju, których używam na włosy, ale teraz nie mam ich zbyt dużo), albo już nie potrzebuję (jak fioletowego szamponu), albo w ogóle nie wiem, dlaczego kupiłam (jak peeling do skóry głowy albo różowa płukanka).

Generalnie większość moich kosmetycznych pomyłek dotyczy włosów. Teraz mam ich połowę mniej, więc liczę na to, że i moje problemy zmniejszą się o połowę.

Jak się zabrać za minimalizm w łazience?

Przede wszystkim przeczytaj mój wpis o kompromisach w byciu less waste. Pisałam tam, że absolutnie nie ma potrzeby wyrzucania wszystkiego tylko dlatego, że jest zrobione z plastiku albo nie jest cruelty free. Przeciwnie – warto to zużyć z szacunku do wydanych pieniędzy, Matki Natury i zwierząt, które już i tak musiały się poświęcić, aby kosmetyk trafił na półkę. Być może nie kupisz go drugi raz, nawet jeśli okaże się świetny, ale ten konkretny warto skończyć. Albo komuś oddać.

Tak też robię teraz. Nie wyrzucam tego, co już mam, ale staram się temu znaleźć nowy dom albo nowe zastosowanie. Albo po prostu cierpliwie zużywam – jak maski i odżywki. Mam ich tyle, że wystarczy mi chyba do Wielkanocy.

 

Kosmetyczne denko

Pół roku temu kupowałam wszystko. WSZYSTKO

Bo kolorowe było. Bo się błyszczy. Albo dlatego, że akurat była superpromka “kup 15, zapłać za 12”. A czasem po prostu miałam za dużo czasu. Albo dawałam się ponieść jakiejś kolejnej fanaberii – takiej, jak różowe albo fioletowe włosy. Teraz za to płacę zielonymi, przetrawionymi końcówkami, które olejowanie barwi na jeszcze większy zielony. I rudy. Wyglądam jak borowiki na świeżym mchu. Możesz o tym przeczytać więcej tutaj.

To właśnie włosy stały się główną moją motywacją do tego, żeby zacząć wprowadzać zdrowy minimalizm w mojej łazience. Jak się za to zabrałam?

Zbierałam puste opakowania przez całą kwarantannę

To była trochę forma autoterapii. Bo dzięki temu mogłam zobaczyć, ile tak naprawdę miałam rzeczy i jak wielu z nich nie potrzebowałam. Jeszcze nie zastanawiałam się nad tym, ile z tego mogłabym zastąpić jakimiś mydłami czyszczącymi, bo jeszcze moja ekodusza nie dojrzała do tego, żeby kolekcjonować mydelniczki w łazience.

W każdym razie okazało się, że mam w domu maksymalnie dużo różnych dziwnych rzeczy, które mogłabym spokojnie zostawić na sklepowej półce. Jakieś balsamy, pianki do ciała, które wystarczają na 3 tygodnie; maski, płachty, kremiki. Jakieś, kruca pysk, peelingi do skóry głowy, które są bardziej do dupy, niż do włosów.

Postanowiłam więc, że ograniczę kupowanie nowych kosmetyków na rzecz zużywania starych. Nawet, jeśli nie do końca się u mnie sprawdzają. I czułam dumę, kiedy w opakowaniu na zużyte kosmetyki było coraz więcej, a w łazience coraz mniej. To naprawdę budujące, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że faktycznie przestałaś kupować, a nie, że Ci się tylko wydaje, że przestałaś.

Znalazłam nowe zastosowanie dla starych produktów

Wspomniany wcześniej peeling do skóry głowy z L’Biotica jest tak gówniany (albo nie umiem go prawidłowo używać), że traktuję go jako zwykły produkt złuszczający do rąk, stóp i czasem ciała. Nie używam go na twarz, bo musiałabym go chyba zmywać domestosem.

Olejek do demakijażu, który kupiłam na jakiś wyjazd sprawdza mi się jako olejek do kąpieli stóp, kiedy robię pedi. Bo do twarzy absolutnie się nie nadaje. NICZYM go się nie da zmyć z japy. Niczym, nawet domestosem.

I tak dalej. W ten sposób mój minimalizm w łazience staje się dość długotrwałym procesem, ale wszystko idzie w dobrą stronę.

Minimalizm w łazience a stan skóry

Zauważyłam jedną ciekawą rzecz podczas tego zużywania zbędnych mi rzeczy. Im mniej nakładam na japę i im więcej jest wśród tych mazideł kosmetyków naturalnych, moja cera wygląda coraz lepiej. Pewnie 80% tego to zasługa serum cynkowego z The Ordinary i dobrze dobranego filtra SPF, ale mniejsza z tym. Nawet mój K. ostatnio mi powiedział, że od kiedy się nie maluję, nie mam takiej masakry na twarzy. Nie wiem, czy to akurat kwestia braku makijażu, czy świadomej pielęgnacji, ale cieszę się, że nie tylko ja widzę efekty.

Podsumowując, cała ta pandemiczna sytuacja po raz kolejny wyszła mi na dobre. Przerzuciłam wszystkie swoje kosmetyki, oddałam część do adopcji, część wyrzuciłam (bo były mega stare albo zostały same resztki), a część wykorzystuję w inny sposób.

Czy kiedyś będę full less zero eko i cruelty free?

Pewnie nie. Ale bardzo się staram, żeby wprowadzać w życie jak najwięcej dobrych zmian. Jestem z siebie mega dumna, że faktycznie staram się wykorzystywać to, co mam i przez ostatnie trzy miesiące faktycznie kupiłam tylko to, co akurat mi się kończyło albo to, co akurat było mi potrzebne (jak krem z filtrem i kolorem jednocześnie, co by nie kupować dwóch osobnych mazideł).

Długa droga jeszcze przede mną, ale przyjdzie taki czas, że cały mój kibel będzie wyglądał jak zdjęcia z okładki tego wpisu.

*****
Na bank tak nie będzie. Dalej będę kupować zbędne przedmioty. Ale może przynajmniej będzie ich mniej. A tymczasem niezmiennie zapraszam na mój Instagram, na którym więcej ekorzeczy. I nie ekorzeczy też. Dużo jedzenia i dużo śmieszków. Wejdź, pośmiej się, a potem daj znać, co Ty robisz, aby wprowadzić do swojej łazienki szczyptę zdrowego minimalizmu.