//
Wrzesień jest piękny
Felietonia

Wrzesień, ozdoby choinkowe, fodmap i chlebak za pół stówki

Dzisiaj będzie o niczym. Usiadłam przed komputer i miałam zacząć pisać o pielęgnowaniu dobrych nawyków i karczowaniu tych złych. I tak siedziałam z otwartym edytorem przez pół godziny, przyglądając się, jak wrzesień powoli wdziera się między liście, po czym doszłam do bardzo słusznych wniosków, że przecież nie mam pojęcia, jak się uporać z przyzwyczajeniami. Dalej skupię skórki przy paznokciach, uparcie olewam treningi i konsekwentnie zapominam o myciu pędzli. I wspólnie z moim K. ciągle nie nauczyliśmy się, że zmywarka jest po to, żeby to w niej były brudne gary.

Tak sobie siedząc i zastanawiając się, co mogę mieć do powiedzenia w tę środę, uznałam, że w zasadzie nic. Wrzesień to taki czas głębokiej refleksji, przynajmniej dla mnie. Z jednej strony cieszę się, że lato się już kończy, z drugiej wiem, że jesień za chwilę też to zrobi. Dlatego dzisiaj mam dla Ciebie luźną pogadankę, która jeszcze nawet nie wiem, o czym będzie. Ale będzie fajnie. Obiecuję.

Jak Ci mija wrzesień?

Niby jeszcze nikt nie czuje jesiennej fali depresji, herbaty piernikowej ani tabsów z witaminą C, ale w powietrzu już czuć zapach chłodnego powietrza. Już nie tak łatwo wyjść bez bluzy do spożywczaka i nie przemrozić sobie cycków. Mrożona kawa już nie smakuje, a gorąca czekolada z piankami jeszcze nie. Taki przejściowy czas jest – wydaje mi się – wszystkim nam potrzebny.

To dobry moment na refleksję, jakiś nowy start. Wrzesień jest trochę jak Sylwester. Kończy się jakiś okres w życiu i zaczyna się całkiem nowy – powrót do szkoły, pracy czy zmiana trybu pracy (w wakacje mnóstwo ludzi przecież pracuje krócej albo ma mniej obowiązków).

Wrzesień to taka półmetkowa tabula rasa dla nas wszystkich.

To co, może świąteczny stroik z okazji jesieni?

Odbyłam ostatnio szaloną wycieczkę rowerową w poszukiwaniu zasłony prysznicowej w monstery. I nie pytaj, dlaczego przejechałam łącznie 23 kilometry, żeby ostatecznie znaleźć Pepco mojego życia – w sumie na dobre mi to wyszło, bo kupiłam też czarną trzymajkę na papier toaletowy. A mogłam mieć srebrną, która zaraz zardzewieje.

O, i czarny dywanik też kupiłam, bo moje poprzednie dwa (różowy i szary) przyciągały zbyt dużo czarnego brudu. Pomyślałam więc, że czarny dywanik rozwiąże problem, ale on zaczął przyciągać biały brud i nie wiem, dlaczego jestem tym faktem taka zaskoczona.

W każdym razie, będąc w którejś z galerii handlowych, trafiłam do Kika, w którym obok sztucznych jesiennych liści, jeżodoniczek na wrzosy i plastikowych dyniek ustawione były czerwone pociągi towarowe z prezentami dla najgrzeczniejszych, małe choinki zrobione ze szczotki do czyszczenia butelek i gubi mikołajowie z podświetlanym wąsem.

Sprostujmy. Uwielbiam zimę i święta. Nie ma nic lepszego od grudniowej atmosfery (zaraz po wrześniowej). Dostaję migotania przedsionków od tych wszystkich welurowych reniferów i najchętniej wykupiłabym wszystkie sklepy z dodatkami do domu.

ALE NIE WE WRZEŚNIU

Wrzesień to czas, żeby cieszyć się ciepłymi barwami jesieni. Sztucznymi liśćmi w wazonie w dynie. Wychodzeniem z domu w kurtce, a wracaniem w majtkach. Podlewaniem wrzosów na balkonach, złotymi świeczkami na parapecie. Ale nie bałwankmi z cekinów. Na to jeszcze przyjdzie czas, moje drogie sieciówki. Zniczy jeszcze w tym Kiku nie było, ale włochate śnieżki na okno już tak.

Nawet jeszcze w tym roku nie piłam pumpkin spice latte (której nie lubię, ale to już wiesz z tego wpisu), a w maku za chwilę zaczną mi wciskać kapuczynę z piernikami cynamonowymi.

I rozumiem poniekąd maketingowy cel takiego działania. Mnóstwo ludzi nie znosi jesieni, która kojarzy im się z deszczem, gumiakami, zimną ziemią na cmentarzach i pierwszymi przeziębieniami. Z dwojga złego wolą, żeby już był grudzień, bo to zawsze bliżej do wiosny. Ale mimo to dobrze by było, gdybyśmy w końcu zaczęli się cieszyć tym, co mamy.

Bo jesień jest piękna. To też już wiesz – stąd.

Wrzesień, czyli fodmap i dieta pourlopowa

Z okazji ostatniego wysypu wesel i wyjazdów oboje z K. olaliśmy trochę nasze diety. A nawet nie trochę, po prostu zaczęliśmy żreć, co nam dawali. Jak labradory. I cipsiki i kebaby, i jedno ciasteczko, drugie, trzecie, winko ze spritem, ziemniaki z ogniska i faszerowany weselny schab.

Wszystko to się na nas obojgu odbiło bolesną zgagą, dlatego wrzesień to idealny czas na wznowienie diet. We wrześniu ludzie już dają sobie spokój z tym chorym weselnym zwyczajem i zaczynają w końcu siedzieć w domach. I my też siedzimy w domach (w sensie nie ruszamy się poza miasto. Ani nawet do miasta. Ruszamy się tylko do spożywczaka i pracy), dlatego najwyższy czas zadbać o siebie.

Kocham wrzesień

K. musi ogarnąć dwie diety, które wzajemnie ze sobą kolidują, a ja muszę zrezygnować z pszenicy, której nie powinnam jeść na pełny przemiał, którego jeść nie mogę. I z wielu innych rzeczy. Dieta fodmap to taki trochę Joker w Batmanowym świecie zdrowego żywienia, ale trzeba dać sobie radę.

Mój organizm ma mnie dość na wielu płaszczyznach. Jak tylko z tego wyjdę, opiszę wszystko na Instagramie. Albo tutaj.

Porządki w domu i chlebak za pół stówki

Z racji naszych diet, które się okrutnie od siebie różnią, potrzebujemy więcej przestrzeni w kuchni. Bo inne makarony, inne pieczywo, inne herbatki. Jedno żre nabiał w nadmiarze, drugie unika go jak pryszczy na japie. I w efekcie mamy mnóstwo dziwnych rzeczy i jeszcze więcej pojemniczków. Ponieważ od lat chodził za mną wielki, fancy chlebak, w którym mogłabym zmieścić wszystkie bułeczkowe grzeszki i całą resztę rzadko spotykanego pieczywa.

Dlatego w końcu stwierdziłam, że skoro i tak wskoczyłam już na wyższy ZUS i nie mam nic do stracenia (oprócz hajsu), spełnię nasze (a może bardziej moje) marzenie o większym chlebaku. Ostatecznie znalazłam najtańszy w Pepco, a po rozmowie z psiapsi okazało się, że w świetle opinii publicznej on wcale nie był taki tani. Niemniej jednak po przerzuceniu całego allegro wyszło na to, że jednak wychodzi on cenowo całkiem spoko. Mogłam go kupić za 130.

Jestem już w takim wieku i na takim etapie życia, że nowy chlebak nie tylko sprawia mi radość, ale i mam zaburzoną percepcję na poziomie drogo-tanio. Drogie to są buty za dwie stówki. Chlebak za pisiont to inwestycja na wiele bułeczkowych lat.

Dobrze, że jej nie powiedziałam o tym odkurzaczu za kafla, co chcę go kupić. Oczywiście na spółkę z moim K. Ale on też jeszcze o tym nie wie.

Co więcej, dwa tygodnie wcześniej chciałam kupić stolik w tej samej cenie, ale uznałam, że to jednak dużo. Tymczasem dzisiaj myślę, że w porównaniu z chlebakiem to wyjątkowo atrakcyjna cena, jak za lichej jakości stolik z Pepco, na którym mogłabym postawić moją gnijącą monsterkę – pokazywałam ją na Instagramie, na którego Cię zapraszam.

Wrócę po ten stolik, jak tylko zejdą ze mnie zakwasy po tej rowerowej wycieczce po zasłonkę w monsterki.