Maski ochronne i pokolenie Slenderman

Maski ochronne to zmora, a może wybawienie?

Noszenie masek weszło nam mocno w nawyk. Niektórzy nawet śmiechem-żartem są zadowoleni z faktu, że mogą przykryć swoją twarz pod cienką warstwą materiału, który od roku próbuje walczyć z szalejącym wkoło wirusem. Ale jak maski ochronne wpływają na nas samych?

Nie, nie będzie to wpis o ich szkodliwości. Szkodliwe jest tylko noszenie ich pod brodą, pod nosem albo wcale. I najgorsze jest to, że taka praktyka jest szkodliwa nie dla Ciebie, ale dla Twojego otoczenia. Maski ochronne powstały po to, żeby chronić.

Ale dzisiaj nie o tym.

Od kiedy wszyscy zasłaniamy twarze, prawie zupełnie je straciliśmy. Za całą naszą mimikę odpowiadają od miesięcy oczy. Od marca zdajemy się tylko na to, co widzimy od szczytu kości policzkowych w górę.

To stworzyło (przynajmniej u mnie) potrzebę ogromnej ekspresji. W sytuacjach społecznych, kiedy inni widzą tylko moje oczy z zapadniętymi powiekami, myślą, że jestem zła albo znudzona. Albo gburowata. A ja zazwyczaj się uśmiecham, kiedy puszczam kogoś w kolejce do kasy albo przytrzymuje drzwi do klatki. Bo po prostu sprawia mi to radość i lubię, kiedy ludzie są dobrzy wobec mnie.

Zawsze fajnie jak ktoś Ci pomoże, coś poda z wyższej półki (taka krasnoludkowa rzecz), zrobi coś dla Ciebie. Ale przecież teraz nikt nie widzi, że się uśmiechasz albo bezgłośnie mówisz “dziękuję’, przez co wychodzisz na strasznego chama i mruka, który pomaga, bo wypada, a nie dlatego, że chce.

Maski ochronne i nadmierna ekspresja ciała

Przez to zaczęłam się zachowywać jak aktor w teatrze. Kiedy ktoś puszcza mnie na przejściu dla pieszych, normalnie bezgłośnie mówię “dziękuję” i uśmiecham się do kierowcy. On odwzajemnia uśmiech i wszyscy są zadowoleni. Teraz kłaniam się na środku drogi jak goście na dworze królowej Eli, cały czas patrząc kierowcy w oczy, żeby upewnić się, że na pewno moje podmaskowe emocje zostały zauważone. Jednocześnie kiwam głową tak intensywnie, jakby kierowca był moim dobrym ziomkiem od wielu lat. I oczywiście cały czas idę do przodu, przez co sprawiam wrażenie, jakbym chciała się potknąć.

Oczy nie zawsze powiedzą prawdę. Czasem kąciki nie marszczą się od uśmiechu, bo kwas hialuronowy jeszcze ciągle za mocno trzyma albo jesteś zbyt młoda, żeby go potrzebować, co w gruncie rzeczy finalnie na jedno wychodzi.

W masce twarz się gubi, ale czy bez maski łatwo ją zachować?

Chodząc w masce jesteśmy bardzo anonimowi. Niewiele ludzi rozpoznaje nas na ulicy, niewiele osób w ogóle zwraca na nas uwagę. Jesteśmy jak dziesiątki innych ludzi z oczami na wierzchu i całą resztą schowaną pod materiałem. Szczególnie teraz, zimą. Mamy maski, które chronią całą naszą ekspresję przed niespodziewanym wykipieniem.

A jak już możesz w końcu ją zdjąć, to okazuje się, że wcale nie chcesz tego robić, bo bakterie na Twojej brodzie już dawno z niewielkiej wioski pod linią żuchwy zrobiły całkiem dobrze rozwiniętą aglomerację.

Czy jest na to rozwiązanie? Żeby zachować twarz i zatrzymać jej dobrą kondycję? Znam tylko jedno. Ale ekstrawertycy nie będą zadowoleni z tego pomysłu.

A co będzie, jak wrócimy do normalności?

Kim będziemy, kiedy się okaże, że możemy już pozbyć się tych masek? W najgorszym wypadku ci bardziej podatni skończą z odstającymi uszami. Ale mi przychodzi do głowy coś jeszcze. Pomyśl, na jaką mimikę sobie pozwalasz, kiedy wiesz, że nikt jej nie widzi? Ile skrzywionych ust, wystawionych w odrazie języków i niekontrolowanych, niezakrytych dłonią ziewnięć ukrywało się przez ostatni rok pod warstwą materiału.

Wszystkie te rzeczy, których oczy nie mogły powiedzieć, w końcu zostaną uwydatnione. I kiedy zdejmiemy już maski, będziemy jak schizofrenicy z zaburzeniami afektu, którzy manifestują nadmiernie każdą swoją emocję. Bo przecież niełatwo będzie teraz to wszystko kontrolować, skoro przez rok nasza twarz była tylko dla nas.

Będziemy klękać przed kierowcami autobusów zamiast uśmiechnąć się i podziękować. Marszczyć oczy, żeby tylko pokazać pani z warzywniaka, że się uśmiechamy, przez co będziemy wyglądać, jakbyśmy nagle dostali paraliżu. Maski ochronne to prawdziwy egzamin, który albo zdamy po zakończeniu pandemii, albo kogoś urazimy swoją intensywną i nieświadomie szczerą mimiką.

 

Maski ochronne to zmora, a może jednak wybawienie?

Obserwuj mnie na Instagramie