Co dobrego we wrześniu?

 
 
Chyba piszę to za każdym razem od kiedy ruszyła seria “co dobrego”, ale ten miesiąc minął mi tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy się zaczął i skończył. Post miał się pojawić w czwartek, ale przy okazji przeprowadzki wyszło na jaw, jak wiele mam rzeczy i jak trudno to zmieścić w dwupokojowym mieszkaniu. Na szczęście siedzę już w czystym, posprzątanym gniazdku, przy złożonym ikeowym biurku i mogę klepnąć kolejną część godwajbsów. Więc co dobrego we wrześniu?
 

 
1. Kupiłam kołdrę! – O tym jak wiele wysiłku psychicznego mnie to kosztowało możecie przeczytać w poprzednim wpisie, niemniej jednak stałam się posiadaczem wspaniałej, ciepłej kołderki, którą co prawda ledwo zmieściłam do samochodu razem z całym tym wesołym grajdołem, ale co, jest!

 
2. Chłopak znowu w domu – mój K. należy do osób, które zdają się być zakochane w ekonomicznej emigracji i wakacje spędził 1500km ode mnie. Wrzesień był miesiącem przyjazdów i wyjazdów, a także jego powrotu do Polszy i mojej ogromnej radości. 🙂

 
3. Wprowadziliśmy się do nowego mieszkania – całe wakacje były jednym wielkim researchem mieszkaniowym. Najpierw szukanie lokum, potem wyposażenia, mebli, aż po miski i drewniane łyżki. Końcem września nareszcie zamieszkaliśmy na lubelskim końcu świata i śmiało mogę powiedzieć, że póki co jest bardzo dobrze 🙂

 
4. Rodzinne spotkania – kolejne w tym roku i znów była to rodzina z Niemiec. Były śmieszki, było miło i zbyt szybko zleciało. Mam nadzieje na rychłą powtórkę <3

 
5. Pogodziłam się z losem – po tym, jak całe wakacje gniłam samotnie w domu, od czasu do czasu wychodząc z przyjaciółmi, tak bardzo przyrosłam do rodzinnej pępowiny, że za nic nie chciałam wyjeżdżać. Pierwsze dni w Lublinie były dla mnie psychicznym koszmarem. Wyłam i wydzwaniałam do domu, jęcząc o tym, jak bardzo chcę wrócić i jak bardzo samotna się tu czuję. I nie chodzi tu o brak wsparcia od chłopaka, ale o potrzebę bliskości domu rodzinnego, mamy, babci i kotów. Miasto mnie przytłaczało mimo, że bardzo lubię życie w wielkich metropoliach. Teraz jest już dużo lepiej, choć jeszcze nie aż tak, żebym mogła powiedzieć, że tę pępowinę odciełam. Ale wszystko powoli.

 
6. W końcu zrobiłam rejs po lekarzach – i większość na temat swojego zdrowia już wiem. Dostałam wszystko co mogłam, wszystkie możliwe leki i skierowania i jeszcze cały triathlon przede mną, ale przynajmniej już wiem, na czym stoję. Mniej więcej.

 
7. Znalazłam czas dla siebie – We wrześniu odciełam się od sieci i postanowiłam bardziej żyć niż gnić przed komputerem. Spędziłam miło czas z rodziną, przyjaciółmi i zrobiłam miliony rowerowych kilometrów. 🙂
 
 
 
A Ciebie co dobrego spotkało we wrześniu?