Felietonia

W obronie zła – dlaczego kochamy antybohaterów?

 

Dziś nie będzie o gwałcących uchodźcach ani o młodocianych złodziejach. Będzie o serialach.

Znasz to uczucie, kiedy wciągniesz się w fabułę i z całego serca kibicujesz głównemu bohaterowi? Kiedy zawsze jesteś po jego stronie i przeżywasz jego wszystkie sukcesy i porażki. Utożsamiasz się z nim. Może nawet czasem chciałbyś być jak on. Jak ona. Przeżyć, to co Twój bohater. Być taki jak on. Czy czasem marzysz, żeby znaleźć się w sytuacji bohatera serialu, który właśnie oglądasz? Może akurat niekoniecznie w sytuacji Hanny Baker, ale wiesz o co mi chodzi. Wczuwasz się w jego sytuację i zastanawiasz, jak byś się zachował, gdybyś znalazł się na jego miejscu.

A jeśli bohater jest nieco wybrakowany? Jeśli nie ma na przykład kręgosłupa moralnego? Z serialami – zwłaszcza tymi, które mają czterdzieści dwa sezony – jest tak, że człowiek ekstremalnie się w nie wczuwa. Przestaje mieć znaczenie mokre pranie gnijące w pralce, życie prywatne i panosząca się po całym organizmie grelina. Oglądasz odcinek za odcinkiem aby dowiedzieć się, jakie decyzje podejmie Twój bohater.

Ale czasem podejmuje złe. Albo na przykład wędruje do upragnionego celu, depcząc innym kości. Schodzi na samo dno piekieł, aby dojść na szczyt. Moralność przestaje mieć znaczenie. A Ty? Idziesz za nim. Dlaczego? Pozwól, że pobawię się w psychoanalityka.

Kiedy niebezpiecznie zaczynasz kibicować „czarnemucharakterowi”, masz świadomość, że nic złego Cie za to nie spotka. Nie  przyjedzie po Ciebie CBŚ, bo popierasz zabójstwo, któregodokonał Twój bohater.  A Twój mózg zaczynają otaczać myśli, że może też byś tak zrobił. Że chciałbyś taki być w jego sytuacji. Że gdyby nie czekały Cię żadne konsekwencje, mógłbyś żyć jak on/ona. Że mógłbyś taki być. Bo nie możesz w życiu codziennym. Bo Twój moralny szkielet Ci nie pozwala. Więc razem ze swoimi bohaterami starasz się objąć władzę nad krajem, eliminując niewygodne ludzkie przeszkody, stosując kolejne manipulacyjne tricki, prowadzisz kartel narkotykowy bez żadnych wiszących nad Tobą konsekwencji i w piwnicy produkujesz razem z kolegą mefedron w pralce, nie czując się ani trochę zepsuty. A jesteś. Razem z każdą z tych postaci. Ale tylko dopóki odtwarzasz odcinek. Później znowu stajesz się korposzczurkiem, nauczycielem albo redaktorem. I jesteś normalnym człowiekiem, aż do czasu, kiedy znów możesz choć na godzinę stać się wyrachowanym, zimnym, pozbawionym sumienia delikwentem.

I nie ma w tym nic złego, serio. Dobrze czasem pozwolić sobie na moralny upadek, a swojemu szpikowi na całkowite zepsucie. I raz na jakiś czas w swojej głowie podpisać za bohatera pakt z diabłem. Nie ma nic złego w chęci bycia złym. Jeśli oczywiście ta chęć nie wypływa poza ramy Twojego zainfekowanego Netflixem pokoju.