Miejskie życie

Labirynt zła

Czasem zdarza mi się trafić do jakiegoś marketu. Czasem nawet częściej niż bym chciała. Markety to trochę labirynty zła. Błądzisz godzinami, masz wrażenie, że ściany zmieniają swoje położenie, abyś błądził jeszcze kolejną. Skomplikowane algorytmy doskonale wiedzą, gdzie umieszczać produkty tak, żebyś na pewno zwrócił na nie uwagę. Niby masz przy sobie listę, ale jak przychodzi do płacenia, nagle prosisz o dodatkową reklamówkę. Albo trzy.

Ale oprócz tego markety, zarówno spożywcze jak i wszelkie inne, to też ciąg zawiłych alejek. I jak na złość – za każdym razem w innej konfiguracji. Gnam przez pół sklepu, wchodzę w alejkę, w której w zeszłym tygodniu był makaron, a tam z półek macha do mnie pasztet. Idąc ślepo w ręczniki papierowe, odruchowo łapię jedno opakowanie, żeby przy kasie okazało się, że mój ręcznik kosztuje kilkadziesiąt złotych i służy jako jednorazowe majtki dla dzieci. I ten wodospad myśli, który przetacza się przez moją głowę jak krew podczas transfuzji. „Potrzebuję płynu do szyb… matko, jaki drogi! Zobaczę, ile kupię i po niego ewentualnie wrócę”. Nigdy nie wracam. Szukanie podstawowych produktów jest jak jakieś poważne misje w grach komputerowych. Za ich odnalezienie powinno się przynajmniej dostawać jakiś dostęp do sekretnych skrótów. A jak już szukasz czegoś niszowego – o zgrozo! Gdzie te pasztety sojowe się podziały, do ciężkiej… Może w konserwach? Nie, tu to tylko mielonki. Sprawdzam więc na lodówkach, przy pastach kanapkowych. Też nic. Świetnie, zrobiłam pół kilometra na nic. Wracam pomiędzy bułkami a wędlinami i błąkam się gdzieś w makaronach, one prowadzą mnie do kasz, a stamtąd w końcu trafiam na swojego sojowego Graala. Sprawdzam, jaki to dział – tak na przyszłość. Galaretki. Serio. Taka sytuacja miała miejsce naprawdę. Galaretki. Otrząsam się z szoku i zmierzam w kierunku kas. Jedna ręka jest już w koszyku, sięgając po pierwsze produkty, aby je wyłożyć na ladę… o fak, papier toaletowy.  Życie bez papieru jest gorsze, niż życie bez kołdry. Papierem ostatecznie się przykryjesz, a kołdrą… chociaż w sumie… Gdzieś pomiędzy pampersami, a miotłami odnajduję papier. Witaj przyjacielu! To teraz powiedz mi, którędy na północ. Po drodze łapię oczywiście jeszcze cztery i pół kilo kompletnie zbędnych rzeczy, w tym dwa kilo ziemniaków z promocji (których nie zużyje do Halloween), zostawiam przy kasie wszystko, co mam w portfelu i toczę się jak Snorlax w stronę wyjścia. Hipermarkety jeszcze nie są (wbrew pozorom) takie najgorsze. Ostatecznie łatwo się zorientować, gdzie jesteś i gdzie mniej więcej możesz szukać tego czy tamtego. Chyba że ktoś postanowi położyć pasztety na dziale galaretek. Ale wchodząc do marketów budowlanych, meblowych czy innych ogrodniczych… W pełni rozumiem ludzi, którzy gubią się w Ikei. Naprawdę. Ile razy musiałam minąć oświetlenie, aby w końcu znaleźć wyjście z tego labiryntu zła. Kocham ten sklep. Serio, mogłabym tam kupić całe mieszkanie, gdybym tylko najpierw dostała spadek po ciotce Tiffanny. Albo wyszła za jakiegoś influencera. Ale kompletnie nie umiem w mapy i oznaczenia. Niby mijam tekstylia, wchodzę gdzieś w dekorację, aby nagle ślepo wleźć w pierwsze lepsze przejście i nagle znaleźć się znowu na kuchni, po której błądziłam dobre 40 minut temu. Przepraszam, czy jest tu może jakaś obwodnica? Którędy na Grunwald? Jakiś czas temu, zainfekowana magią wiosny, postanowiłam urządzić sobie balkon. Mam już kołdrę, mam szafę, mam nawet papier toaletowy. Teraz pora na ożywienie balkonu. W tym czasie absolutnie każdy market budowlany staje się centrum ogrodnictwa, więc nie ma problemu – wchodzę gdziekolwiek. Nie mam czasu ani siły błądzić między roślinami, na które mam szaloną ochotę, ale jeszcze nie mam spadku po ciotce Tiffany, dlatego pytam sprzedawcę o to, czego potrzebuję. „Ależ oczywiście, tędy”. I powoli prowadzi mnie poza teren sklepu. Najpierw ślepo wędruje za nim, aby potem zorientować się, że nawet nie wiem, czy to jeszcze moje miasto. Drzwi wejściowe i kasy znikają gdzieś za horyzontem, dookoła mnie ziemia do uprawy forsycji żółtolistnych. I jak ja teraz wrócę. Mogłam chociaż zapamiętać jakieś strategiczne punkty. To było chyba dwa razy w lewo, a potem w prawo. Tak mi się wydaje. A może jednak najpierw w prawo, a potem dwa razy w lewo. Szliśmy chyba przez jakieś nawozy do paproci… Ale ze mnie ameba. Przepraszam, jaka to strefa czasowa? Jak dobrze, że mój K. jest przygotowany, że kupię 65 litrów ziemi i pędzi mi na ratunek. Liczę na to, że zapamiętał drogę.