Felietonia,  Lifestyle,  Miejskie życie

No waste na trzeźwo. Czy musimy być ascetami?

Bardzo się cieszę, że w ostatnich latach świadomość w kwestii ochrony środowiska i zmniejszania liczby odpadów wzrasta. Coraz więcej osób realizuje szereg zerowaste’owych założeń w imię lepszej przyszłości – odmawia plastikowych słomek i kubków jednorazowych, używa domowej roboty ekodetergentów albo nosi ze sobą pojemniki na bazar. I to jest postawa wyjątkowo korzystna społecznie, ale myślę, że powinniśmy znaleźć pewien złoty środek. Że no waste to nie ascetyzm. A chyba do tego zaczyna to zmierzać.

Czy Ty też zauważasz, że przez pisanie pracy magisterskiej moje wpisy niebezpiecznie zamieniają się w jakiś naukowy bełkot? Muszę się ogarnąć jak najszybciej, przecież naukowego bełkotu nikt nie chce czytać.

 

O co mi chodzi

 

Ruch no waste jest bardzo szlachetny i cieszę się, że coraz więcej osób bierze się za realizowanie jego założeń. Ale nie możemy się zgubić w tym całym ferworze i mówiąc najprościej – oszaleć. Wydaje mi się, że nie ma sensu kupować bambusowych patyczków do uszu czy nosić ze sobą kubka na kawę na uczelnie i do restauracji. Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze nie możemy dać się zwariować i żyć jak Święty Aleksy, a po drugie – problem nadprodukcji plastiku i odpadów to przede wszystkim problem wielkich konernów. Zaprzestanie kupowania wacików czy patyczków do uszu doprowadzi jedynie do zmiany ich ceny, ale firmy nagle się nie ugną. Protesty i bojkoty rzadko dają pożądane efekty. Chodzi przede wszystkim o świadomość.

 

Nie wszystko ma swoją rację bytu. Możemy przerzucić się na czytanie ebooków w imię lepszego życia drzew, ale po pierwsze zepsujemy sobie wzrok, a po drugie – odbierzemy sobie magię trzymania w ręku papierowej książki.

W życiu trzeba być troszkę egoistą.

Co uważam więc za słuszne, potrzebne i niewymagające?

 

Przede wszystkim noszenie ze sobą płóciennej torby na zakupy. Sześćdziesiąta siata plastikowa nie jest do niczego potrzebna. Zdarza mi się krzyczeć na mojego K., że nie nosi ze sobą wielorazówki i znosi do domu kolejne leclercowe wory.

 

Po drugie, zakochałam się bez pamięci w tych wszystkich proeko dzbanach typu Brita albo Dafi. Taki dzbanek do filtrowania kranówki sprawia, że nie muszę znosić kolejnych plastikowych butelek do domu i nie budzę się w niedzielę o 6 rano z ręką w nocniku, bo wydoiłam wszystko, co miałam. Wodę mam zawsze w domu, a aplikacja na tablecie przypomina mi, kiedy powinnam wymienić filtr. Poza tym mam dwie butelki (teraz już jedną i pół, bo zgubiłam jedną nakrętkę), dzięki czemu nie muszę kupować małych plastików na drogę. Jeszcze jednym plusem, który widzę w używaniu Dafiego – woda w nim jest w temperaturze pokojowej, dzięki czemu zagrzanie jej w czajniku trwa śmiesznie krótko, a ja oszczędzam gaz – dwie pieczenie na jednym ogniu!

Kubki w automatach albo te wydawane na wynos w kawiarniach najczęściej są pokryte polietylenem, który trzyma ciepło Twojej kawy, ale który jednocześnie nie nadaje się do recyklingu. Niektórzy propagują noszenie własnych, ceramicznych kubków, ale ja nie jestem do tego przekonana.

Zdecydowanie bardziej polecam kupienie kubka termicznego, który nie tylko utrzyma ciepło Twojej kawy czy herbaty, ale też będzie dla Ciebie zdrowszy. Bo umówmy się – czy kawa z uczelnianego czy pracowniczego automatu ma coś wspólnego z kawą? Ani to nie smakuje jakoś wybitnie, ani nie jest szczególnie dobre dla naszego zdrowia.

 

Samotne banany to coś, o co często „kłócę się” z moim K., który uważa, że jestem niepoważna kolekcjonując banany, których połowa nadaje się do wyrzucenia. Ale uważam, że to akurat bardzo szlachetna idea, żeby je kupować i nie pozwolić im się zmarnować. A akurat te owoce pochłaniam w ilościach hurtowych, więc samotne są jak najbardziej dla mnie.

 

A skoro już jesteśmy w sklepie – naprawdę nie ma potrzeby pakowania jednej papryki czy trzech pomidorów do worka foliowego. Duże owoce czy warzywa spokojnie można wrzucić luzem do koszyka, a przy kasie pogrupować na ladzie, żeby pani albo panu wygodnie było je wszystkie zważyć. No i po co te worki? Choć przyznam się – foliówek używam. Do pieczarek, jeśli akurat nie znajdę ich w pojemniku, który potem mogę wykorzystać, i do drobnych rzeczy (orzechów, żurawiny, etc.) Oczywiście fajną ideą jest noszenie swoich opakowań, ale chyba jeszcze polskie sklepy nie są gotowe na takie rewolucje. Tak, jak mówiłam – to przede wszystkim problem korporacji. Gdyby postanowiły zastąpić foliówki torebkami papierowymi, byłoby znacznie łatwiej niż bezpieczniej dla środowiska.

 

Podobnie jest ze słomkami i plastikowymi sztućcami – nie potrzebujesz ich i da się bez nich żyć, ale ostatecznie rozumiem, że czasem trzeba. A słomkom metalowym nie ufam, bardzo trudno je domyć, a taką niedokładnie wyczyszczoną można sobie zrobić sporą krzywdę.

 

A Ty co myślisz na ten temat? Czy zdrowy less waste może iść w parze ze zdrowym egoizmem, czy jednak musi się wiązać z wyrzeczeniami i swego rodzaju ascetyzmem?