Leszcze

 
Wychodzę z Biedronki, niosąc torby w obu rękach, na szyi, a jedną ciągnąc za sobą na łydce po tym, jak 1.5 godziny wcześniej wyszłam po masło i cytrynę. Przede mną trochę ponad pół kilometra dreptania, a właściwie sunięcia się po mokrym bruku. Docieram do przystanku, zatrzymuję się i z radością zauważam, że za 3 minuty przyjedzie po mnie rycerz na białym koniu, który zabierze mnie i moje niepotrzebnie wydane miliony niezbędne do życia produkty prawie pod same drzwi. Obracam się, a moje siaty wiernie naśladują każdy mój ruch. Na horyzoncie mojego końca świata widzę zajezdnię, na której do startu szykuje się mój potencjalny środek transportu. Obok mnie stoją ludzie w różnym wieku, sztuk około pięć. Zastanawiam się, czy to na pewno dobry pomysł, żebym jechała cały jeden przystanek, jeśli mam dwie sprawne nóżki, a z siatami szarpię się na własne życzenie.
 
Nie no. Nie będę leszczem.
 
Obracam się i znów dreptam w stronę cywilizacji, niebo zaczyna płakać nad moją głupotą, a mój rycerz na białym koniu po chwili mija mnie i pędzi w stronę najbliższego przystanku. Kilka dni później nagła potrzeba posiadania cukinii znów kieruje mnie do Biedronki. P.S. To nie jest lokowanie produktu, Biedronka nie dała mi ani jednej naklejki za to, żebym promowała zakupy w niej, po prostu mam ją relatywnie blisko. W każdym razie, przy kasie łapię jeszcze gumę do żucia i po podliczeniu okazuje się, że moja cukinia rozrosła się do 38 złotych i 2 groszy. Psioczę w myślach na szpinak za 2.50, który w ostatniej chwili odłożyłam i przecier, którego zapomniałam. Moja dłoń, trzymająca kartę wisi w powietrzu, pa ni lustruje mnie wzrokiem, czekając, aż powiem „a to proszę jeszcze coś za 2 złote”.
 
No ale przecież nie będę leszczem.
 
Wychodzę z biedronki z poczuciem utraty co najmniej 4 naklejek i macham w myślach na pożegnanie świeżakom, które mogłyby spać z moimi kotami, gdybym zdecydowała się zrobić tartę ze szpinakiem. Kontynuuję tradycję i nie czekam na autobus, żeby nie być leszczem. Gdybym przejechała teraz ten jeden przystanek jako leniwy leszcz, okazałoby się, że równie dobrze mogłam wyleszczyć te 2 zł.
 
Choć mi przychodzą do głowy tylko sytuacje związane – bezpośrednio lub nie – z jedzeniem, to strach przed byciem uznanym przez społeczeństwo za leszcza zdarza się w każdej dziedzinie naszego życia. Ale apeluję – nie bójmy się być leszczem, jeśli może nam się to jakkolwiek opłacić.  Bycie leszczem może się w  ostatecznym rozrachunku okazać całkiem przydatne.

 

Poemat o kołdrze

 
Znasz ten uczuć, kiedy coś tak mocno Cię fascynuje do czasu, kiedy tego doświadczysz? Coś jak skok na bungee, jeśli wiesz, co mam na myśli.
 

Kiedy byłam mała, mobbingowałam babcię, żeby zapisała mnie na stołówkę i świetlicę. Chociaż nie wiem, po co, bo w domu zawsze ktoś był i nie potrzebowałam ani jednej z tych instytucji. Ale moje koleżanki i koledzy chodzili. Ot, taka moja mała wrodzona zazdrocha o wszystko. W każdym razie, kiedy zaprowadzono mnie tam i zobaczyłam te straszne dziecięce tłumy, kłębiące się w salach, moja fobia społeczna na zawsze wcisnęła przełącznik “uciekaj”. I może dlatego nie lubię dzieci.

O coś takiego mniej więcej mi chodzi.

Czasem zdarzyło mi się z niekłamaną fascynacją przyglądać tłumom przeciskających się między sobą w czasie przedświątecznych wyprzedaży w Stanach. Marzyłam o tym, żeby znaleźć się w natłoku tych wszystkich zdeterminowanych ciał podczas Black Friday, bo wierzyłam, że ludzie są w stanie zachować resztki kultury osobistej.

A potem musiałam kupić kołdrę.

***

Godzina 7:45. Przychodzę pod Lidla z nadzieją, że te zbuntowane tłumy przyszły tu bić się o mikser czy inne dresy dziecięce. Niestety, zewsząd od moich uszu echem odbija się jedno słowo, odmienione przez wszystkie możliwe przypadki.

Kołdra. Kołdry. Kołdrę…

Wszystkie czterdzieści siedem głów zerwało się z samego rana, zjechało ze wszystkich okolicznych wsi, wiosek i wioseczek, i stoi pod drzwiami hipermarketu, żeby walczyć ze sobą o kołdrę ich życia. A ja stoję razem z nimi. Bez makijażu, bez śniadania i bez entuzjazmu. Bo przecież nie mam kołdry.

Drzwi rozsuwają się, a ludzie w jednej chwili wlewają się do środka. Płyną z prądem jak zdechłe ryby. Płynę razem z nimi i z przerażeniem obserwuję, jak Grażyny w każdym możliwym odpowiednim dla Grażyn wieku biegną w stronę palet z kołdrami. Biegną. Jakby od tego zależała cała ich przyszłość. Jakby bez tej kołdry już tylko Katarzyna Dowbor mogła pomóc im urządzić chałupę życia. Nie jestem przerażona tym, że może nie być dla mnie kołdry, kiedy już moja uprzejma i dobrze wychowana dupa puści wszystkie walkirie domowego ogniska. To znaczy tym też, bo przecież nie mam kołdry. Ale jestem najbardziej przerażona tym, jak bardzo nie udało nam się wyzbyć zwierzęcej natury troglodyty pomimo kilku tysięcy lat praktyk.

Mam łzy w oczach, kiedy obserwuję, jak trochę młodsza Grażyna wali z łokcia Grażynę dużo starszą, którą może wsadzić w gips (albo trumnę) nawet najlżejszy dotyk. Która być może chce kupić wnuczkowi kołdrę do nowego mieszkania. Na nowy start. Bo może wnuczek też nie ma kołdry. A typowa Grażyna zawsze ma co najmniej o 4 kołdry więcej, niż potencjalnych domowników. Ale leci w Lidlowe Pogo, bo przecież tak tanio, pani Jadwisiu.

Obserwuję faceta około trzydziestki, który mimo swojej przewagi stoi na uboczu. Stara się choć jedną z czterech (bądź pięciu) długich kończyn dosięgnąć choć jednej kołdry w wymarzonym rozmiarze. Jest wysoki, postawny, odpowiednio umięśniony. Nie Julian Claßen, ale też nie Tomasz Oświeciński. Mógłby po prostu wbić się taranem w ten babski bunkier, rozepchać łokciami i każda kołdra jego. Ale tego nie robi. Bo wie, że nie wypada mu użyć siły wobec kobiety. 

Tylko Grażynie wypada. 

Podchodząc do kasy, mężczyzna dzwoni do kogoś i nerwowo żąda, aby “powiedział jej, żeby następnym razem sobie k!@#$%^a sama szła”. Dla niego to tak samo stresujące jak dla mnie. Mam 22 lata, jestem drobnym gówniarzem w oczach Graż. Mi też nic nie wypada. 

Wychodząc z tego strasznego imperium zła, przychodzi mi go głowy tylko jedna rzecz. Następnym razem będę wolała zapłacić nawet dwukrotnie więcej, ale zrobić zakupy w płaszczu dobrego wychowania. Przez pryzmat XXI wieku.

Żadna kołdra nie jest tego warta. Ani żaden karp. Tylko Graże są warte siebie.

Ale przynajmniej mam kołdrę. Teraz jeszcze muszę kupić pościel. Byle nie w Lidlu.
 
Przepraszam wszystkie Grażyny. To współczesny świat ochrzcił mentalną niepełnosprawność Waszym imieniem. A tak naprawdę jesteście super. Moja ciocia to Grażyna. Nic nie mam do tego imienia.