Ciotka Dobra Rada,  Organizacja

Grunt to organizacja. Krótki poradnik, jak nie tracić dnia

No, może nie taki krótki. 

Znasz ten typ człowieka, który potrafi cały dzień przeleżeć na łóżku, oglądając serial, czytając książkę, grając w Czołgi, łażąc po sklepach czy szwendając się po znajomych, a potem mówić, że nie zrobił tego, co sobie zaplanował, bo nie miał czasu? Który szuka pierdyliona wymówek na wszystko? Pewnie tak. A jeśli nie – jesteś cholernym wygrywem albo wyjątkowo dobrze selekcjonujesz znajomych. Zazdroszczę. Jeśli kiedyś napiszesz książkę, jak się pozbyć takich ludzi ze swojego życia – już mogę zrobić przelew na preorder.

Jest takie mądre kołczingowe powiedzenie, że jak się chce, to się szuka sposobu, a jak się nie chce – powodu. I jest w tym sporo prawdy. Każdy z nas tak robi. Od każdego z nas złośliwy los czasem tego wymaga. Użycia jednej z tych beznadziejnych wymówek spóźniłem się, bo… nie zrobiłam tego na czas, bo… przełóżmy to na jutro, bo… Bo biegunka. Bo pies narobił na dywan. Bo korki. Bo kolejka była. I o ile zdarza się to raz na jakiś czas (bo umówmy się – NNW są wszędzie), wszystko w porządku. Sytuacje losowe przytrafiają się każdemu. Jakiś szpital, jakiś weterynarz, jakaś niezapowiedziana wizyta ciotki Heleny czy komputer, który przed zapisaniem projektu postanowił dokonać złośliwej implozji. Ale jeśli taka losowa sytuacja zdarza sie 3 razy dziennie 5 dni w tygodniu – należy zacząć być podejrzliwym.

I tacy ludzie działają mi na nerwy najbardziej. Bardziej, niż ci, którzy przy kasie nie pakują zakupów do torby na bieżąco, tylko czekają, aż kasjer zacznie obsługiwać kolejną osobę, żeby złośliwie zajmować ladę swoimi pomidorami. Bo takie prokrastynacyjne leniwe lamy – pal licho, że pół życia schodzi im na robieniu niczego – ich sprawa. Ale swoim brakiem organizacji dezorganizują przede wszystkim życie innym. Współpracownikom, rodzinie, znajomym.

Sytuacja A: Człowiek ma zaplanowany cały dzień, zarezerwował cztery godziny popołudnia na dokończenie projektu z koleżanką z pracy, o umówionej godzinie stawia się przed laptopem, odpala Skype, włącza Excel czy inny InDesign i czeka. Po 20 minutach dostaje wiadomość: już się biorę do pracy. Po dwóch godzinach kolejną: wiesz, nie wyrobię się dzisiaj, bo musiałam pójść do serwisu zareklamować sprzęt. Musiałaś? Czy mogłaś za 4 godziny? Albo jutro?

W te cztery godziny człowiek mógł zrobić wszystko. Nawet wycieczkę za miasto zorganizować. Kapusta kiszona zdążyłaby się w tym czasie zrobić. Gdyby ktoś go uprzedził, że nie ma co liczyć dziś na współpracę.

Sytuacja B: Umawiasz się na kawę na 17. Informujesz znajomą, że masz czas maksymalnie do 20, bo potem wychodzisz z chłopakiem do kina. O 17 przychodzisz w umówione miejsce, po 10 minutach dzwonisz do znajomej. Już wychodzę, zaraz będę! – słyszysz razem z dźwiękiem włączanego prysznica w tle.

Jeśli jesteś jedną z tych osób, która dręczy swoją dezorganizacją wszystkich znajomych controlfreaków, nie dręcz ich więcej i zostań ze mną. Dziś będzie długo, ale warto. Ostatnio udawałam kołcza, ucząc Cię, jak przestać odkładać wszystko na wieczne potem. Jeśli już to umiesz, ale nadal nie wiesz, co zrobić z całym dniem, żeby jakoś to było – zapraszam na ciąg dalszy kursu organizacji dla opornych!

Tylko wiesz – z poprzedniego wpisu – że najpierw potrzebny jest kurs samodycypliny. Wiesz, prawda? Jeśli nie, kliknij tutaj.

Przede wszystkim rób listę

Nie co do minuty, ale warto zaznaczać w ramach czasowych strategiczne punkty, takie jak posiłki, wizyty na siłowni czy u lekarza (plus czas na powrót do domu, nie zapomnij). Drobne sprawy, takiejak pranie czy wyjście na zakupy do Lewiatana pod blok, też warto zapisywać. We wpisie o prokrastynacji wspominałam, że to, co zapisane, ma większą moc sprawczą, dlatego często, kiedy mam dużo na głowie, zapisuję wszystko co do minuty, wtedy czuję presję, że muszę zdążyć i w ten sposób sie wyrabiam ze wszystkim. A jeśli Ty nie czujesz presji wobec tego, co zapisane – zapraszam najpierw do poprzedniego wpisu.

Podstawa to deadline

I niekoniecznie chodzi mi tu o jakąś konkretną godzinę zakończenia pracy – to i tak Ci się pewnie nie uda. Chyba, że ustalisz rezerwę. Zrobię to do 13, ewentualnie do 13.30. Z tym, że to igranie z ogniem, bo jeśli jeszcze nie jesteś dobry w te klocki – z 13.30 może się zrobić 18.25. Zacznij od drobiazgów. Kiedy idę myć naczynia, włączam sobie na YT krótki film (koniecznie taki, który już widziałam, żeby nie gapić się w ekran i nie marnować wody. I najczęściej z reguły ten sam, żeby nie szukać 20 minut ) i próbuję umyć wszystko, zanim się skończy. Oczywiście mierzę siły na zamiary i nie włączam sobie czegoś, co trwa osiem minut, jeśli piramida garów jest wyższa ode mnie. Taki tip sprawdza się u mnie najlepiej. Serio, spróbuj.

Małe poganiacze

Jeśli rozprasza Cię wszystko, co zobaczysz na swojej drodze, ustaw budzik. Robię tak, kiedy sprzątam. Ustawiam budzik na pełną godzinę i 20 lub 30 minut drzemki. Zależy, czy tylko ogarniam mieszkanie, czy wpadam w wir sobotnich porządków. I postanawiam sobie, że te 30 minut to jedno pomieszczenie. Najpierw sprzątam kuchnię i łazienkę, bo tam jest najwięcej roboty, a to, co ewentualnie zgubię po drodze, nadrabiam w sypialni i salonie. W ten sposób sprzątam całe mieszkanie w 2 – 2.5 godziny. Nie rozwlekam tego na cały dzień, żeby potem paść na wyro i kwiczeć, jak to cały dzień zapierdzielałam i jak to kobieta ma źle. Raz dwa i ogarnięte, a ja mam wolne.

Skoro była mowa o posiłkach

Dobrze jest zaplanować także to. Najlepiej tydzień wcześniej, ale zdaję sobie sprawę, jak to brzmi. Jeśli jesteś początkującym biegaczem – 15 km brzmi jak mission impossible. Jeśli biegasz od 2 lat – 15 km robisz na śniadanie. Tu jest tak samo. Więc na początek planuj posiłki dzień wcześniej, żeby później nie stać trzy godziny w sklepie i zastanawiać się, co to ja dziś zjem. Wchodzisz, kupujesz, wychodzisz. Ja często siadam i planuję wszystko w niedzielę, uwzględniając, kiedy jem sama, a kiedyrazem z K, żeby dopasować się do wszystkich. I zyskuję kolejne długie minuty, które straciłabym w sklepie, jęcząc, że nie wiem, co mam zrobić.

Zero rozpraszaczy

Jeśli robisz coś i telewizor Cię rozprasza – weź i go wyłącz. Nie stój i nie gap się w ekran z mopem w ręce, zamiast jechać nim po podłodze. A jeśli cisza Cię rozprasza, po raz kolejny polecam włączyć coś, co już widziałeś. Nawet śmieszne koty. Przydatne (przynajmniej raz) okazuje się autoodtwarzanie na YT. I playlisty. Raz włączasz i masz spokój. Gdyby nie to, gdybyś co chwilę podchodził szukać czegoś innego… Nie, to nie, tego nie chce, to jest słabe, to widziałem już dzisiaj, oo nowe Zapytaj Beczke! I ani się obejrzysz, a usiądziesz i będziesz sie obijać. A to, co miałeś zrobić, rozciągnie się jak ciasto na pizzę. Wierz mi.

Czas między wieczorną toaletą a snem

Oczywiście możesz po wzięciu prysznica paść na łóżko. Bo kto Ci zabroni? Ale możesz też poświęcić pięć minut (no, dziesięć z rezerwą), żeby pokręcić się po mieszkaniu, odłożyć rzeczy na miejsce i zaplanować kolejny dzień (żeby nie tracić czasu rano), wszystkie spotkania, posiłki, telefony do wykonania i projekty do zrealizowania na piątek. A w łóżku znaleźć czas na książkę. Albo na coś innego.

Multitasking

Choć psychologowie i kołcze są raczej przeciwni tej metodzie, u mnie sprawdza się rewelacyjnie. Kiedy gotuję obiad, oglądam serial i żadna z tych czynności nie traci na jakości. Ogarniam fabułę i nie przesadzam z chilli. To znaczy przesadzam, ale to dlatego, że jest cienka granica między za mało ostre, a za bardzo ostre. Kiedy jadę autobusem, przez połowę czasu gapię się bez celu w okno i gram w teledysku, przez drugie pół piszę posty na kolejne dni, przerabiam zdjęcia albo planuję wyjazd w Bieszczady. *** Życie z controlfreakiem nie jest łatwe. Z takim, który musi mieć poduszki ułożone co do milimetra, który jak coś zaplanuje, to jest bardzo nieszczęśliwy, jeśli te plany z jakiegoś powodu (np. przez czyjąś prokrastynację) walą się w gruzy. Króry multitasking i podzielność uwagi ma wpisane w CV w kategorii “atuty”. Czasem zdarza się, że ktoś mnie pyta “jak Ty zrobiłaś tyle rzeczy w ciągu jednego dnia i jeszcze miałaś czas na kino?” A no właśnie tak. Polecam. Oczywiście jeśli czwartą godzinę wlepiasz oczy w InDesign, rób 10 minut przerwy co jakiś czas. Ja tu nie propaguje niewolniczej pracy i wyzysku. Tylko rzucam drobne wskazówki, jak robić 10 minut przerwy, nie 84.

Ostatnio mój laptop utonął w monsunie, kiedy czekałam na przystanku (może o tym wiesz, jeśli śledzisz moje instastory). W dzień, w który miałam napisać ten post. Czy przez to nie dodałam go w środę, tak jak zaplanowałam? Nie. Bo jak się chce…

Organizacja. To kluczowe słowo. Antybiotyk na bycie lamą.

***  Proszę o łagodny wymiar kary za hejtowanie bycia lamą. W ogóle skąd pomysł, żeby takich wkurzających ludzi nazywać lamami? Lamy są takie urocze i pocieszne, na pewno mają świetnie zorganizowany dzień.