Blondynka radzi: jak uchronić się przed wiosennym przeziębieniem

Marzec to strasznie złośliwy koleżka. Niby ciepło, ludzie rozpinają kurtki, odkrywają kostki, zdejmują czapki i wymieniają ciężkie puchate buty na conversy. A tymczasem w marcu razem z nami z odwilży korzystają także wirusy i bakterie, panosząc się po całym naszym otoczeniu. Dlatego w tym podstępnym miesiącu warto zadbać o swoją odporność i ewentualnie zastosować pierwszą pomoc, kiedy katar czy ból mięśni już nas zaatakuje. Co więc warto zrobić wiosną?

Ubierz się!

Najgorsze co możesz zrobić to wystawić się na zmasowany atak bakterii. Ja wiem, że dziesięć stopni, że ciepło, że skwar. Ale mimo wszystko, daj sobie jeszcze czas i pozbywaj się kolejnych warstw powoli. Możesz na przykład zrezygnować z czapki, ale zawsze mieć gdzieś z tyłu głowy kaptur na wszelki wypadek. Możesz też zmienić rękawiczki na cieńsze, ale jeszcze nie ma co ich zdejmować. Dłonie bardzo szybko starzeją się od nadmiaru zimna. Warto też mieć dwa zimowe płaszcze czy kurtki – jedną ciepłą i puchatą i drugą trochę lżejszą, ale nadal ciepłą. Nie ma co też zawczasu odsłaniać kolan czy kostek. Nie ma to zbyt wiele wspólnego z chorowaniem, ale Twoje stawy będą Ci za to wdzięczne. Zostaw więc spodnie typu 7/8 z dziurami na inną okazję. Albo ubierz coś pod spód. Jakieś antygwałtki czy coś.

Czarny bez profilaktycznie

Jeśli zdarzy Ci się przemarznąć albo przemoknąć, warto wspomóc się od środka. Ale po pierwsze wejdź pod ciepły prysznic, a prosto spod niego pod ciepły koc. Albo wskocz w jakiś miękki dresik. A potem wyślij kogoś do apteki po herbatę albo nalewkę z czarnego bzu. Jego działanie to dla mnie kosmos. Czasem przychodzę do domu przekonana, że czeka mnie męska grypa, a on skutecznie stawia mnie na nogi. U mnie akurat króluje proszek do rozpuszczania o nazwie Heisser Holunder – przyjeżdża do mnie razem z rodziną z Niemiec, ale z tego co wiem, takie „herbatki” są dostępne także w Polsce. Tylko drobna uwaga – trochę to smakuje jak barszcz instant, więc niekoniecznie nada się do popijania serniczka.

Imbir, imbir i jeszcze raz imbir!

Kiedy już choroba Cię dopadła i czujesz, że nie ma dla Ciebie ratunku, sięgnij po imbir. Wrzuć kilka (a najlepiej sporo) plasterków do ciepłej herbaty (ale może nie do tej z czarnego bzu, barszcz z imbirem to niekoniecznie dobre połączenie smakowe) albo zalej je wrzątkiem i wypij taką „herbatę” imbirową. Co prawda pali w gardle, ale jest to tego warte. Imbir potrafi w jeden wieczór uporać się nawet z zapaleniem zatok. Jedyne, na co trzeba uważać to ciśnienie – imbir lubi je obniżać, więc jeśli jesteś typem 90 na 60 to może lepiej sobie odpuść. Albo spróbuj z mniejszą ilością.

Złote mleko – ratunek na wszystko

Na co dzień też warto postawić na budowanie odporności od środka. Tutaj z pomocą przychodzi kurkuma. Nie od dziś wiadomo, że jej działanie przeciwbakteryjne i przeciwzapalne stawia ją na podium, jeśli chodzi o przeciwdziałanie przeziębieniom, trądzikom, przebarwieniom czy nawet (z jakiegoś powodu) migrenom. Jeśli nie boisz się egzotycznych smaków, możesz sobie serwować złote mleko nawet codziennie, choć polecam raczej raz na kilka dni. Do baniaczka wlewasz mleko (ok. pół szklanki, nie sądzę że dasz radę wypić więcej), dodajesz ok. łyżeczkę kurkumy i chwilę gotujesz. Mleko powinno być ciepłe, ale nie musi wrzeć. Chociaż nic sie nie stanie, jeśli zawrze. Najwyżej wykipi. Najlepiej jest do tego używać mleka bez laktozy, dlatego że jest słodkie i dzięki temu nasz wywar mocy nie smakuje aż tak źle. Niektórzy polecają dorzucić do mieszanki cynamon, ale od tego smaku to faktycznie można umrzeć. Takie złote mleko dobrze jest pić przynajmniej raz w tygodniu, a w okresie przeziębieniowym nawet co 2-3 dni.
 
A jeśli już przeziębienie zapuści korzenie w Twoim domu, polecam Ci mój wpis, w którym radzę, jak nie zginąć pod chusteczkowym itabletkowym bałaganem.
 
Masz jakieś swoje sposoby na chorobę?