Włoskie obyczaje są śmieszne
Miejsca

Co z tym machaniem ręką, czyli 16 faktów o Włochach

Na pewno kojarzysz ten dziwny, acz kompletnie niewymuszony gest dłonią, który Włosi wykonują zawsze i wszędzie. Bez żadnego powodu. Będąc we Włoszech, przekonałam się, że nie tylko jest on szalenie popularny na włoskich ulicach, ale ludzie naprawdę nie wiedzą, do czego on służy.

Włosi przy jego pomocy tłumaczą turystom drogę, wyrażają aprobatę i trąbią na kierowców. Włoskie sklejenie opuszek palców jest dla nich tak powszechne, że nawet jeśli machasz ręką, żeby się z nich pośmiać — nikt nie zwróci na to uwagi. Wszyscy pomyślą, że akurat mówisz coś szalenie fascynującego.

To i wiele więcej zauważyliśmy wspólnie z moim K., przechadzając się po wąskich (kalustrofobicznie wąskich) uliczkach włoskich prowincji. Byliśmy też w Rzymie, ale tam nie było po co obserwować włoskich obyczajów. W stolicy po prostu nie ma Włochów. Są za to imigranci, którzy na każdym kroku chcą Ci wepchnąć do gardła selfie stick za 10 euro.

Na naszych włoskich wakacjach zobaczyliśmy naprawdę dużo ciekawych rzeczy. Pisałam już na instastories, że to bardzo dziwny naród. Dlatego też lista włoskich obyczajów, którą tworzyłam przez cały wyjazd, jest dość spora. Niemniej zapraszam. Może i Ciebie coś tu zainteresuje, może jeszcze o czymś nie wiesz?

Włosi wyglądają jak na filmach

I to takich o sycylijskiej mafii. Generalnie dzielą się na trzy grupy. Pierwszą są typowi panowie z okładki Vogue – kręcone, ciemne włosy, wysocy, szczupli, brązowe albo czarne oczy. Lekko opalona skóra i nieprzyjemnie białe zęby. Drugą grupą są weselni wujkowie albo Ojciec Chrzestny – delikatnie posiwiali z żółwią skorupą zamiast brzucha. To właśnie oni najczęściej machają łapami i głośno akcentują swoje ideologie. Trzecia grupa to czarnoskórzy, których jest we Włoszech całkiem sporo i którzy nie różnią się niczym od innych czarnoskórych. Oprócz tego, że jako jedyni ze wszystkich mieszkańców Włoch dobrze mówią po angielsku.

Kobiety zasadniczo niewiele różnią się od siebie samych i od innych europejskich kobiet. Jedynie typowych babuszek jest bardzo mało. Tam nie oszczędzają na urodzie. I na torebkach. Co druga lata z Hermesem albo Louisem. Chociaż rynek oryginalnie wyglądających dodatków całkiem prężnie się rozwija, więc w sumie nigdy nie wiesz, czy to hand made Prada, czy stoisko pod Koloseum.

Kiedy temperatura wynosi 24 stopnie, Włosi zakładają kurtki

Trafiliśmy na naprawdę ciepłą włoską jesień. Każdego dnia na zewnątrz było powyżej 20 stopni, a czasem zdarzało się, że termometry ustawione do słońca pokazywały 30. Biegaliśmy więc po ulicy prawie goli, a pot ciągnął się za nami jak olej za samochodem. Tymczasem włosi chodzili w swetrach. Szalikach. Ramoneskach. Czarnoskórzy zakładali nawet puchówki. Wiedziałam, że generalnie na półwyspie jest raczej ciepło. Ale nie miałam pojęcia, że 24 stopnie to tak poważny społeczny problem.

Jakby nie było, jestem zmarzluchem. Lubię sztuczne ciepło i denerwuje mnie każdy podmuch wiatru. Ale tam w ogóle go nie ma. Jak słońce przypadkiem zaszło za jakąś samotną chmurę, to już tam zostawało. Dopóki samo nie zaczęło się przemieszczać w stronę horyzontu. Włoskie chmury są nieugięte.

To chyba najbardziej ze wszystkich rzeczy zszokowało nas we Włoszech. Ale potem wróciłam do Polski, w której było ok. 20 stopni i stałam na przystanku w późnojesiennym płaszczu, podczas kiedy ludzie dookoła mnie biegali w samych koszulach, bo byli zachwyceni nagłą falą jesiennego ciepła. Tymczasem ja miałam wtedy szok termiczny.

 

Wąskie włoskie uliczki mają swój klimat

Przepisy drogowe? A skądże!

Włosi jeżdżą jak chcą. Podobnie jak Hindusi. Pojęcie świateł albo zasady pierwszeństwa tam nie istnieją. Pierwszeństwo nie obowiązuje. Dopóki wszędzie się mieścisz i nikogo nie potrącisz, jest okej. Policję widzieliśmy tylko na dworcach, ale chyba bardziej służyło to profilaktyce kradzieży.

Piesi też przez cały czas wszędzie mają pierwszeństwo. Dopóki samochód jest przynajmniej 100 metrów od Ciebie – idziesz. Nieważne, że nie ma pasów. Byliśmy chyba jedynymi osobami, które waliły na przejcie, zamiast iść tak jak staliśmy. Ale bardzo szybko przywykliśmy do ignorowania sygnalizacji świetlnej i wędrowaliśmy dumnie na czerwonym, razem z innymi Włochami.

Ach, no i przede wszystkim klakson. Klaksony są we Włoszech fajne. Są jak pierwszy bieg. Musisz go wrzucić, żeby pojechać. Wjeżdżasz na rondo – trąbisz. Nie wjeżdżasz na rondo – trąbisz. Zawsze i wszędzie. Cokolwiek robisz na drodze, nie zapomnij zatrąbić. Klakson jest super. Dzięki niemu wszyscy inni wiedzą, że jedziesz. Choć i nawet z klaksonem ich to nie obchodzi. Obchodzi ich to, że sami jadą.

Włoski temperament

Włosi bardzo dużo mówią. Nawet, jeśli doskonale wiedzą, że ich nie rozumiesz. Możesz im powiedzieć non parla italiano, a i tak będą chcieli z Tobą pogadać. I to jest akurat super, bo nawet jeśli się okazywało, że oni nie mówią po naszemu, a my po ichniemu, i tak starali się nam pomóc trafić na odpowiedni przystanek albo pokazywali, jak poruszać się po metrze.

Jednak przez to, że są tak strasznie głośni, nie masz pojęcia, czy chcą Ci po prostu sprzedać jakąś dobrą radę, czy lapsa w pysk. I bardzo lubią mieć pretensje. O wszystko. Sporo moich znajomych, bliższych albo dalszych, świetnie by się tam odnalazło.

Ale co ciekawe, Włosi są jak typowi faceci. Mogą się pobić na ulicy o byle gówno, a kilka minut później wszystko jest okej, idą razem celebrować siestę.

Apropos siesty

Włosi muszą odpocząć w ciągu dnia. Jak kilkumiesięczne dziecko. Nażre się o 11, a potem idzie w kimę, ma wywalone i ryczy dopiero ok. 19. Tu jest dokładnie ten sam schemat. Między godziną 13-15 a 19 prowincje są martwe. Ludzie zamykają sklepy, banki, fryzjerów, restauracje. Idą, nawet nie wiem dokąd. Ani co robią. Ale ich nie ma nigdzie. Życie na kilka godzin umiera, a nieprzystosowani turyści przez cały ten czas umierają z głodu. Pierwszego dnia uratowały nas domowe obiadki włoskich babuszek, które z jakiegoś powodu nie poszły robić nic, ale podały nam pyszny makaron i kotleciki.

Siesta uderzyła nas w mordę tak bardzo, że musieliśmy jednego dnia zaliczyć Burger Kinga, bo okazało się, że normalny człowiek nie jest w stanie przeżyć godzin obiadowych bez obiadu, żeby potem nażreć się do porzygu na kolację.

Ale jak to herbata?

Kolejna rzecz, która nas zaskoczyła. Włosi nie piją herbaty. Chyba że umierają na katar albo inną niespotykaną w tym skwarnym klimacie śmiertelną chorobę. Kiedy poprosiłam w hotelowej recepcji o herbatę, nasz pan Andrea pobiegł do lodówki i podał mi dwie puszki Ice Tea. A ja marzyłam o czymś ciepłym, innym niż kawa. Ostatecznie herbatę dostałam, ale Andrea na wszelki wypadek zapytał, czy piję ją z mlekiem. To tak, gdyby miało się okazać, że jestem jeszcze bardziej nienormalna.

Śniadanie po włosku

Warzywka to sobie można jeść na kolację. Albo wcale. W przypadku Włochów raczej wcale. O kuchni będzie innym razem. W każdym razie, śniadanie ma się składać z kawy, rogalika, ciasteczka zbożowego, muffinki z budyniem, szarlotki, jeszcze jednej kawy, pączka z dżemem i syropem klonowym, bożonarodzeniowego keksu i gofra z czekoladą. I nie zmyślam. To właśnie żarliśmy codziennie rano, żeby jakkolwiek poczuć energię na cały dzień.

Tutaj się nie je kanapek, sałatek, jajecznicy ani nawet koktaili owocowych. Tutaj się żre czysty cukier i popija mocną kawą. Dla kogoś, kto nie zaczyna dnia od słodyczy bardzo trudno było opanować odruch wymiotny, który się pojawił po zmieszaniu porannych kwasów żołądkowych i ciasta francuskiego.

Ale dla kogoś, kto nie pije na co dzień kawy na czczo, miało to swoje plusy. Tylko trzeba było jeść bardzo blisko łazienki. Tak na wszelki wypadek.

Do kawy jak do hymnu

We włoskich restauracjach za posadzenie tyłka na krześle płaci się dodatkowo. Zazwyczaj od 1 do 2 euro. Nie wiem, czy to akurat dlatego, ale Włosi zwykle piją kawę na stojąco. Zwłaszcza rano. I zwłaszcza espresso. Bo w sumie tu nie ma po co siadać.

Nawet podczas szybkiej kawy ze znajomymi, Włosi zwykle nie siadają. Chyba że to jakaś grubsza impreza. Wtedy nie szkoda opłaty serwisowej.

Autobus na żądanie

W Polsce czasem zdarzają się przystanki na żądanie. We Włoszech cała komunikacja miejska jest jednym wielkim żądaniem. Jeśli zagapisz się na trasę jakiejś linii i nie machniesz ręką na kierowcę – minie Twój przystanek, pozostawiając Cię samopas na kolejne 30 minut. Podobnie jest, kiedy chcesz wysiąść. Jeśli nie naciśniesz przycisku, autobus się nie zatrzyma. Myśleliśmy, że to problem tylko na prowincji, ale widocznie machanie łapami tak weszło Włochom w nawyk, że nawet w Rzymie nawołują komunikację miejską skinieniem dłoni.

Włosi to językowi naziści

Tutaj wszyscy mówią po swojemu. Nawet jeśli powiesz komuś, że go nie rozumiesz. Albo zapytasz, czy mówi po angielsku. Włosi odpowiedzą, że nie, ale nadal będą trajkotać. Mam wrażenie, że starsi ludzie dużo lepiej posługują się angielskim, niż ziomki w naszym wieku.

W restauracjach też jest spory problem. Tak naprawdę w większości przypadków do dzisiaj nie wiem, co zamówiliśmy w tej czy innej knajpce.

Co ciekawe, mimo że nikt nie mówi o angielsku, wszyscy są tam gotowi się zesrać, żeby Ci pomóc. Szukając autobusu do hotelu o 21.30, jakiś starszy pan kilka dobrych minut pocił się i wykręcał, żeby się upewnić, że na pewno dobrze zrozumieliśmy, czym jechać. Ale dzięki temu wiem, co znaczy due barrato. I że otto to osiem. W ogóle znajomość liczb jest przydatną umiejętnością.

Dr House po włosku

Mam dużą rodzinę w Niemczech. Między innymi kuzyna, który w całości wychowany jest w kulturze zachodniej. Będąc kiedyś u naszej Babci i oglądając jakiś film w telewizji, wskazał na lektora i zapytał mnie “Ty, a ten facet to zawsze tak gada?”

W Niemczech panuje moda na wszędobylski dubbing. I jak się okazało, we Włoszech też. I o ile do CSI po niemiecku już przywykłam, o tyle Dr Brennan piszcząca i krzycząca po włosku przerosła moje możliwości tolerancyjne. Chociaż faktycznie po tygodniu oglądania Dr House’a, zaczęło być to nawet zabawne.

Knajpki od dziada pradziada

Najlepsze restauracje, w jakich jedliśmy, to te prowadzone z pokolenia na pokolenia. Panuje tam naprawdę nieziemski klimat. Wszyscy są mili (choć czasem właściciele się kłócą, jak to rodzina). Jedzenie jest przygotowywane z przepisów prapabci Eleny, a Włosi dbają o to, żebyś czuł się komfortowo.

Serio, karaoke, które zorganizował właściciel lokalnego minipubu przerosły swoją wartością wszystkie te kołczelle i ołpenery. I polskie karaoke też.

Włosi chyba wstydzą się kupować prezerwatywy

Na każdym rogu widzieliśmy automaty, w których można było kupić Durexy czy inne włoskie Unimile z Biedronki. Pojedyncze, w opakowaniach, we wszystkich kolorach tęczy. Nie wiem, czy to wynika z tego, że Włosi są skrępowani, kiedy mają o nie poprosić w aptece, czy po prostu często potrzebują ich w środku nocy, kiedy sklepy i apteki są zamknięte.

Ale mają obsesję na punkcie penisa

Głównie w Rzymie. Męskie genitalia są tam wszędzie. Na pocztówkach, na magnesach, pod postacią flakonów na perfumy. Parówkowa impreza od uliczki do uliczki.  Później dopiero sprawdziłam, że ma to związek z dawnym zabobonem o tym, że penisy wyrzeźbione w kamieni (nazwane wtedy artystycznie fallusami) miały przynosić szczęście, zdrowie i pomyślność. Tradycja ta w umysłach Rzymian pozostała, a dla turystów może być to śmieszny żart, albo niesmaczna prowokacja. Dla mnie było to po prostu egzotyczne. Chyba nigdy nie widziałam tylu przyrodzeń naraz.

 

Rzymskie fallusy

Włosi są weseli. Tak samo ich nekrologi

We Włoszech nie ma miejsca na nudne smęcenie. Tam wszyscy są zadowoleni. Nawet, jak sie pobiją, to za chwilę wszystko jest super, idziemy na imprezę. Ich nekrologi też są o wiele mniej depresyjne od naszych. Nikt nie bawi się w robienie pogrzebowych zdjęć i przyklejaniu ich na nagrobki. Tam zapamiętuje się zmarłego takim, jakim był za życia, nie tuż przed śmiercią. Zdjęcia w nekrologach są codzienne. Kolorowe. To pamiątki z wakacji w Holandii albo zdjęcie ze ślubu znajomego. Piękna sprawa. Chciałabym, żebyśmy też byli tacy pozytywnie nastawieni do śmierci.

Włosi mają tandetne reklamy i genialne programy rozrywkowe

W przerwie między jednym fragmentem filmu a drugim mamy telezakupy Mango. Każda reklama wygląda dokładnie tak samo – wielki numer telefonu na dole, pokaz umiejętności tostera w towarzystwie gościa specjalnego, a na koniec promocja w stylu “zadzwoń teraz, a dostaniesz drugą sztukę i dorzucimy Ci jeszcze przepisy na potrawy z cebuli”.

Włoskie reklamy są poważnie rakotwórcze. Ale za to ich programy rozrywkowe – czad! Oprócz tych wszystkich kopii ze Stanów, widzieliśmy też coś, co się nazywa Eurogames. Ludzi przebranych za ziemniaka albo biegających w chomiczym kołowrotku nic mi nie zastąpi. W polskiej mentalności pewnie by się to nie przyjęło (“kurła, robią z siebie debila, gupki, by na studia poszli albo sie za robote wzieli”), ale my bawiliśmy się pysznie.

Masz jakieś włoskie doświadczenia? Może coś dorzucisz do mojej listy? Albo z niej usuniesz?

Daj znać i nie zapomnij śledzić mój Facebook i Instagram!