//
Lockdown i moje przemyślenia z izolacji
Felietonia

Lockdown: przemyślenia z izolacji

Lockdown, narodowa kwarantanna, czy – jeśli wolisz – społeczna izolacja trwa już od pół roku. Dla niektórych trochę krócej, ale część z nas wcale nie zamierza zbyt często wynurzać się z bezpiecznego, domowego ukwiała. I bardzo dobrze. Jestem zwolennikiem jednej z tych spiskowych teorii, że im mniej jesteśmy na zewnątrz, tym lepiej wszyscy na tym wychodzą.

Cała ta sytuacja jest dla wszystkich bardzo nietypowa. Zamknięci w domach, bez kontaktu z sąsiadami, przez kilka miesięcy zdani na siebie i swoich współdomowników. Dla mnie o dziwo też. Bo pomimo że moja codzienność nie różni się jakoś szczególnie od tej, którą żyłam przed lockdownem, okazało się, że ta pandemiczna sytuacja skłoniła mnie do wielu przemyśleń. I zachęciła do wielu zmian – myślę, że pozytywnych. I mam nadzieję, że Ciebie też do nich zachęcę. Chociaż trochę.

Lockdown no makeup

Kto maluje się w domu niech wie, że to w pełni akceptuję, ale absolutnie nie rozumiem. Podczas całej tej kwarantanny pomalowałam się dosłownie kilka razy. I za każdym razem coś było ze mną nie tak. A to wrażenie ciastka, a to poczucie twarzy pokrytej błotem, a to rzęsy jakieś takie długie. A to skóra jakaś taka płaska.

Okazało się, że brak makijażu nie jest wcale taki zły. Przez cały ten czas przyglądałam się swojej gołej skórze i w efekcie dzisiaj nie mam problemu z taką gołą albo prawie gołą skórą wyjść na zewnątrz. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że pójdę do galerii bez pełnego makeupu. Dzisiaj maluję się praktycznie tylko na jakieś wielkie, poważne albo całodzienne wyjścia.

Bo wiesz, kwarantanna nie zmieniła mnie nagle w ascetę. Dalej jestem babką, która lubi sobie czasem pogmerać w kolorowych kosmetykach i przykleić oszukane rzęsy do oka. Ale cała ta izolacja pokazała mi, że nie potrzebuję szpachlować twarzy tak często. Tak jak nie potrzebuję ptasiego mleczka. Jak byłam dzieckiem, babcia kupowała mi takie tylko na święta, urodziny i większe okazje. I dzięki temu sama kupuję je tylko od wielkiego dzwonu i traktuję jako “rarytas”.

Brak makijażu zmobilizował mnie też do tego, żebym w końcu ogarnęła swoje brwi. Na skutek różnych młodzieńczych eksperymentów do tej pory były dziwnie krótkie, bo zawsze ponosiło mnie trochę za mocno podczas regulowania. Bez kredki czy pomady wyglądałam, jakby moja twarz była niekompletna, dlatego postanowiłam zapuszczać, co się da, aby wyrównać kształt brwi. I dzisiaj praktycznie nie mam już żadnych dziur, które miałabym chcieć zasłaniać kolorówką.

Minimalizm kosmetyczny – “po cholerę Ci to wszystko?!”

To była konkluzja mojego myślowego rollercoastera, kiedy pewnego dnia usiadłam w łazience, żeby ją posprzątać i zmniejszyć wizualny bałagan, który przeszkadzał mi już od miesięcy. Cztery różne balsamy do ciała, kilka opakowań serum do wszystkiego i do niczego, krem pod makijaż, krem pod krem i brokatowy żel pod prysznic. I to wszystko panoszące się po kiblu bez ładu i składu. No i po co to? Po cholerę tyle tego wszystkiego trzymamy wszyscy w chałupach.

Przed lockdownem znosiłam do domu wszystko, co tylko miało kolorowe opakowanie i błyszczące elementy na etykiecie. Wystarczyło pokazać mi jakąś zniżkę w sklepie, a sekundę później finalizowałam zamówienie. Konsumpcjonizm, który miał być naszym współczesnym przywilejem, stał się jednym z największych zagrożeń w szerokim tego słowa znaczeniu.

Etap utylizacji

Po wszystkich tych przemyśleniach przyszedł czas na fazę masowego zużywania wszystkiego, co mam. Albo oddawania ich innym, jeśli coś mi się nie sprawdzało. Obecnie szukam nowego domu dla fioletowych szamponów i płukanek, bo moje włosy są tak wytrawione, że zabarwiają się na zielono. Zresztą dostałam bana na farbowanie od mojej fryzjerki, do czasu, aż wszystkie błędy kwarantanny znikną.

Staram się kupować tylko to, co faktycznie jest możliwe. Dlatego profilaktycznie nie chodzę do Rosa ani innych drogerii. Za dużo tam kolorowych opakowań.

Cruelty free life

Mimo że przez cały ten lockdown pracowałam tam samo, jak przed, miałam podejrzanie dużo czasu. I zaczęłam świadomie patrzeć na wszystko to, co nakładam sobie na japę. Problem testowania na zwierzętach jest bardzo poważny i ma globalny zasięg. Nie chcę teraz się rozwodzić nad tym, co jest słuszne, a co nie. O tym będzie innym razem.

Teraz chcę wspomnieć tylko o tym, że społeczna izolacja pozwoliła mi spojrzeć na moje kosmetyki pod nowym kątem. I cały czas szukam odpowiednich kompromisów.

Minimalizm w szafie

O ile wyrzucenie, oddanie albo porzucenie nieużywanej kolorówki i segregacja kosmetyków, które kupiłam, żeby kupić było całkiem prostym zadaniem, o tyle z ubraniami nie było wcale tak łatwo i przyjemnie. Jestem typem garderobianego chomika, który co kupi, to jego. Trudno mi rozstać się z ubraniami, bo ciągle mi się wydaje, że jak tylko coś sprzedam albo oddam, to za chwile będzie mi to super potrzebne. Oczywiście nigdy mi sie to wszystko nie przydaję i zakładam tego typu ubrania tylko wtedy, kiedy sprawdzam, czy w ogóle jeszcze pasują i czy nie zjadły ich mole.

Chociaż liczba moich ubrań się jakoś szalenie nie zmieniła podczas kwarantanny, i tak jestem z siebie megadumna, że dorosłam w końcu do wywalenia przynajmniej kilku ciuchów na vintedowy stosik. Co prawda muszę je jeszcze wyprać i zorganizować im pożegnalną imprezę, ale czuję, że jestem na dobrej drodze do niekupowania kolejnej szafy.

Zauważyłam też, że przez te kilka miesięcy zaczęłam wyrzucać newsletterski spam ze sklepów online, w których spece od marketingu zachęcają do zakupu za minimum pińcet, żeby dostać pomadkę za osiem dziewięździesiąt. Czytam w zasadzie tylko maile od Mohito, bo lubię ten sklep i czekam, aż kilka rzeczy się przeceni. Kosmetyczne i empikowe maile marketingowe wyrzucam bez czytania.

Lockdown bez kontaktów społecznych i bez plastiku

Lockdown okazał się destrukcyjny nie tylko dla nas. Bo jeśli ekstrawertycy jeszcze chwilę posiedzą w domach, wszyscy prawdopodobnie wyginą i świat będzie pełen ekspertów ds. społecznego dystansu. I zakażeń będzie mniej. Ale przede wszystkim okazał się destrukcyjny dla Matki Natury. Naszej kochanej Matki Ziemi, która obsypuje nad roślinnymi pocałunkami, a my w zamian wylewamy na nią wiadro plastikowych pomyj.

Noplasticjuly

W obawie o własne zdrowie zaczęliśmy masowo generować zużyte rękwiczki i pakować pojedyncze papryki do plastikowych worów. To dobry moment, żeby albo powoli z tym kończyć, alebo przerzucić się na bardziej ekologiczne rozwiązania.

Z okazji tego, że lipiec jest uznany za miesiąc bez plastiku, zaczęłam bardziej zastanawiać się nad tym, ile tworzyw sztucznych znoszę codziennie do domu. I tak naprawdę worki na banany wydają się tylko czubkiem góry lodowej. To dość trudna kwestia, bo nie jest mi łatwo zrezygnować z wielu plastikowych opakowań, które znoszę do domu. Dodatkowo mnóstwo eko-rozwiązań się u mnie nie sprawdza. Na przykład myjka konopna do naczyń, która śmierdzi tak, że za każdym razem, kiedy wchodzę do kuchni, wydaje mi się, że gdzieś pod zlewem umarła jakaś mysz. I to jest smutne wrażenie, bo lubię myszy.

O tym będzie innym razem. Więcej na ten temat możesz też przeczytać we wpisie o eko-rozwiązaniach pielęgnacyjnych, który wrzuciłam jakiś czas temu.

Znowu – nie chodzi mi o to, że nagle stałam się ascetą, wyprowadziłam się do lepianki, podcieram się liśćmi i piorę w sodzie i cytrynie. Ale większa świadomość tego, jaki wpływ mają nasze działania na środowisko skłania mnie do kolejnych zerowaste’owych decyzji.

A czy Ty masz jakieś przemyślenia związane z lockdownem? Może coś się zmieniło w Twoim życiu, może narodziły się w Twojej głowie jakieś poważne decyzje? A może w ogóle jesteś w trakcie przewracania życia do góry nogami? Daj znać i śledź mój Instagram – tam więcej dobrych treści! Mi lockdown wyszedł na pewno na zdrowie. Nie tylko dlatego, że ograniczyłam kontakty społeczne do niezbędnego minimum. Ale przede wszystkim dlatego, że zobaczyłam, jak wiele niepotrzebnych przedmiotów otacza mnie na co dzień.